Daj się poderwać!

Mój podopieczny po raz kolejny zaproponował spotkanie z zaprzyjaźnioną parą w podeszłym wieku, która chciała po prostu poznać siostrę zakonną, opiekującą się ich znajomym. Pomyślałam: tyle mam spraw do załatwienia dla moich podopiecznych, a przecież oni pomocy nie oczekują, szkoda czasu. Skoro jednak panu Januszowi tak bardzo na tym zależy, to jakoś wyskrobię kilka chwil w moim zabieganym dniu.

Nić porozumienia nawiązała się już przy pierwszym spotkaniu. Historia ich życia nadawałaby się na świetny film fabularny. Słuchałam oczarowana. Rzeczywiście, pomocy materialnej nie potrzebowali. Mieli jednak marzenia. Czy to nie cudowne mieć marzenia, gdy się skończyło 80 lat?

To było ich drugie małżeństwo. Oboje stracili już swoich pierwszych małżonków. Pan Stanisław, były powstaniec, o szarmanckich manierach, zakochany w obecnej żonie jak nastolatek, ciągle próbował sprowokować ją do zazdrości. Oczywiście żona doskonale wyczuwała ten klimat i mitygowała go słowami: „Stasiu, nie podrywaj siostry”.

Będąc w szpitalu nie stracił pogody ducha pomimo poważnej choroby. Przedwojenna kultura bycia połączona z niebywałym humorem zadziwiała personel. Przekonywał lekarzy, że muszą go szybko wypisać, bo jego żona i siostra zakonna „chodzą razem na chłopaki” i on musi kobiet pilnować.
To właśnie wtedy poznałam największą pasję tego małżeństwa – wyprawy do lasu. Niestety, obecnie pozostawały tylko w sferze marzeń, ze względu na stan zdrowia. Po powrocie do domu trzeba było podjąć decyzję dotyczącą dalszego leczenia. Nareszcie przydało się moje długoletnie doświadczenie pracy w Hospicjum.

Przyszła jesień, zapachniało grzybami i marzeniami. Razem z panią Anią wybrałyśmy las na równym terenie i blisko drogi. Z duszą na ramieniu zostawiłam samochód i ruszyliśmy. Ważniejsza od strachu okazała się radość pana Stasia. Znał każde drzewo, każdy kwiatek i wszystkie naturalne leśne skarby. W drodze powrotnej postanowił zabrać „dziewczyny” na lody i żadną przeszkodą nie było to, że ze zmęczenia nie był w stanie wysiąść z samochodu. Roziskrzone radością oczy mówiły same za siebie.

Zanim odszedł na drugą stronę życia byliśmy jeszcze na jednej leśnej wyprawie. Rozmawialiśmy o tym co ważne i najważniejsze w życiu, a ja znów miałam duszę na ramieniu czy starczy mu sił żeby wrócił do samochodu.

Miało być o pomaganiu potrzebującym, a przecież oni radzili sobie sami i nie potrzebowali mojej pomocy. A jednak to właśnie u nich poczułam się bardzo potrzebna, pomimo, że nic materialnego nie wniosłam w ich życie.

Czasem ludzie myślą, że trzeba dużo mieć pieniędzy żeby innym pomagać, a wystarczy tylko serce, które umie widzieć.

Zakonnica, która „dała się poderwać”

Boję się, ale wchodzę w to!

Z dzieciństwa zapamiętałam długie godziny spędzone w lesie na zbieraniu jagód (sprzedając jagody zarabiałam na zakup ubrania). I to, jak dowiedziałam się, że dom w którym mieszkałam z rodzicami nie jest nasz i mamy się wyprowadzić. To był dla mnie szok. Od tamtej pory mieszkaliśmy w przeróżnych warunkach, ale nigdzie nie czułam się bezpiecznie.

Kiedy przyszedł czas wyboru liceum, bez problemu dostałam się na profil plastyczny, ponieważ od zawsze lubiłam malować. Czas spędzony w szkole średniej to były moje szczęśliwe lata. Potem zaczęły się schody, nie dostałam się na malarstwo i rok spędziłam w domu. To było ciężkich 12 miesięcy – miałam złe relacje z tatą, nauczyłam się „przepraszać, że żyję” i nie mieć potrzeb, najlepiej żadnych. Po roku dostałam się na studia. Skończyłam malarstwo w Krakowie. Jednak jeszcze w trakcie nauki zaczęłam się panicznie bać życia i tego, że sobie nie poradzę. I rzeczywiście, wraz z otrzymaniem dyplomu mój czarny scenariusz spełnił się, zostałam oszukana przez właścicielkę galerii, w której pracowałam. Bez pieniędzy i pomysłu na życie przemieszkałam dwa lata u znajomych, a rzeczy trzymałam w depozycie. Do rodziców wracałam tylko na święta, ale nie przyznawałam się do tego, jak wygląda moja sytuacja. Robiłam wszystko, by się utrzymać. W końcu razem z kolegą zaczęłam wynajmować pracownie – on w niej malował, a ja mieszkałam. Wszystko dobrze, tylko w pracowni nie było łazienki i w ogóle wody. Mój dzień to było nieustanne kombinowanie gdzie i jak się umyć. Zapadłam na zdrowiu psychicznym, krępowałam się zadzwonić do pracodawcy, bo wstydziłam się siebie.

Któregoś dnia zobaczyłam przyklejoną do drzwi kartkę z adresem stowarzyszenia, które pomagało osobom ubogim i bezdomnym oferując darmową łaźnię i pralnię. Choć nie wyglądam, to jedną nogą już jestem na ulicy – pomyślałam i poszłam tam. Był to 2014 rok, chyba marzec. Ta kartka na drzwiach uratowała mi życie. Z działu pomocy doraźnej trafiłam do działu socjalnego, potem zaproponowano mi pomoc psychologiczną. Pani Asia, psychoterapeutka, zaproponowała mi terapię grupową, „Boję się, ale wchodzę w to!” – powiedziałam. Tak rozpoczęła się powolna przemiana mojego życia. Po jakimś czasie otwarły się dla mnie kolejne drzwi – trafiłam do Centrum Integracji Społecznej. Dzięki temu niedługo potem podjęłam pracę. Dziś od nowa uczę się żyć, jestem innym człowiekiem.

Kinga, 30 lat

Niektórzy?

W mie­sią­cu piel­grzy­mek i ogło­szo­ne­go ape­lu bisku­pów pol­skich o trzeź­wość na nie­pod­le­głość, trze­ba powie­dzieć coś praw­dzi­we­go o nas samych, o Pola­kach: pije­my coraz wię­cej alko­ho­lu. Pije­my, aby zara­dzić np. samot­no­ści, kło­po­tom, stre­so­wi, bra­ko­wi dobrych zwy­cza­jów i pomy­słów na wypo­czy­nek. Na tle Euro­py wzrost spo­ży­cia alko­ho­lu pla­su­je Pol­skę w czo­łów­ce. Armia uza­leż­nio­nych liczy u nas 800 tysię­cy osób. Nato­miast nad­mier­nie i szko­dli­wie pije alko­hol w Pol­sce ponad 3 mln osób (Por. Par​pa​.pl). Czy może­my wobec pro­ble­mu trzeź­wo­ści uży­wać ambi­wa­lent­ne­go sfor­mu­ło­wa­nia: to prze­cież tyl­ko nie­któ­rzy? Uza­leż­nie­nie od sub­stan­cji che­micz­nych, nie tyl­ko alko­ho­lu, jest poważ­nym pro­ble­mem wie­lu z nas. Doty­czy bar­dzo wie­lu rodzin i wszyst­kich grup spo­łecz­nych, zawo­dów, sta­nów.

Nie­któ­rzy ludzie znaj­du­ją się w sytu­acji podob­nej do Elia­sza. Są jak on na pusty­ni. Samot­ni ze swo­im dra­ma­tem. Wie­rzą­cy mogą jed­nak zawo­łać do Góry jak świę­ty pro­rok: „Dosyć Panie! Odbierz moje życie, bo nie jestem lep­szy od moich przod­ków”(1 Krl 19, 4). Bo życie się posy­pa­ło, nie ma świa­teł­ka w tune­lu. Bo obrót spraw przy­brał taką postać, że nic się już nie chce. Bo wypa­lił się życio­rys.

Lecz dziś, w tym daro­wa­nym Sło­wie na nie­dzie­lę, widzi­my rów­nież nadzie­ję. Elia­sza Bóg nie opu­ścił, ale zara­dził pro­ble­mo­wi samot­no­ści pro­ro­ka, jego wyczer­pa­nia i odrzu­ce­nia. Zapro­si­li­śmy dla­te­go jed­ne­go z nas, któ­ry da świa­dec­two o sobie. Nie będzie mówił o nie­któ­rych, lecz o sobie samym. Dowie­my się jak Bóg zebrał jego życie w całość, upo­rząd­ko­wał. Jakie było jego woła­nie do Boga? Jaka odpo­wiedź? Okaż­my mu życz­li­wość i posłu­chaj­my. Zapra­szam.

Mam na imię Darek i mam 47 lat. Jestem alko­ho­li­kiem, od 5 lat nie piją­cym dzię­ki łasce Pana Boga. Pocho­dzę stąd, z Ryn­ku Głów­ne­go. Miesz­ka­łem pod 13-nast­ką. Do 40-go roku moje życie toczy­ło się w grze­chu i pijań­stwie. Zaczą­łem pić jako nasto­let­ni chło­pak. Nie wiem, w któ­rym momen­cie stra­ci­łem kon­tro­lę i nie­win­ne impre­zy, jak sądzi­łem,  prze­ro­dzi­ły się w nałóg i uza­leż­nie­nie. Byłem wów­czas bar­dzo agre­syw­ny i wul­gar­ny. Uwa­ża­łem, że nikt nie ma pra­wa zwró­cić mi uwa­gi, bo ja wiem co robię, i jestem wol­ny. Nie dostrze­ga­łem tego jak się sta­czam. Tra­ci­łem pra­cę za pra­cą przez pijań­stwo. Nie mia­łem żad­nych rela­cji z rodzi­ną. Każ­de­go trak­to­wa­łem jak wro­ga — oprócz kole­gów od kie­lisz­ka. 18 lat temu zosta­wi­łem żonę z nie­speł­na rocz­ną cór­ką dla innej kobie­ty. Jesz­cze bar­dziej pogrą­ża­łem się w alko­ho­li­zmie. Prak­tycz­nie codzien­nie urzą­dza­łem okrop­ne awan­tu­ry. Do kościo­ła nie cho­dzi­łem pra­wie w ogó­le. A kie­dy zdą­ża­ło mi się być, to z zazdro­ścią patrzy­łem na ludzi, któ­rzy idą do Komu­nii. Ale sądzi­łem, że Bóg nie chce nawet patrzeć na takie­go wyrzut­ka i mene­la, któ­ry zro­bił tyle krzyw­dy innym, że kocha tyl­ko tych dobrych, któ­rzy się modlą. Nie widzia­łem dla sie­bie żad­nych szans, ale wma­wia­łem sobie, że jestem szczę­śli­wy i wol­ny.

Sześć lat temu moja przy­ja­ciół­ka zapro­si­ła mnie na reko­lek­cje „Nowe Życie”. Nie chcia­łem jed­nak o tym sły­szeć. Ale ona była tak natręt­na i namol­na, że w koń­cu dla świę­te­go spo­ko­ju zgo­dzi­łem się jechać. Byłem prze­ko­na­ny, że nic tam się nie wyda­rzy, bo Bóg nie kocha takich jak ja. Na tych reko­lek­cjach oso­bi­ście doświad­czy­łem Miło­ści Bożej. Kie­dy usły­sza­łem, że Bóg mnie kocha takie­go jakim jestem, pomi­mo moich grze­chów i z całym tym baga­żem moje­go życia, że dał Swo­je­go Syna Jezu­sa Chry­stu­sa, aby oddał życie za mnie, aby mnie zba­wić, wte­dy coś we mnie pękło i uwie­rzy­łem w to Sło­wo. Przy­szła nadzie­ja, że mogę żyć ina­czej, z Bożą pomo­cą mogę zmie­nić sie­bie. Po kil­ku­na­stu latach przy­stą­pi­łem do spo­wie­dzi. Kapłan, któ­ry mnie spo­wia­dał nie oce­nił mnie, ani nie potę­pił.  Kie­dy po tylu latach sze­dłem do Komu­nii świę­tej to czu­łem się jak­by to była moja pierw­sza Komu­nia. Mia­łem świa­do­mość, że to sam Jezus żywy przy­cho­dzi do mnie. W tym kawał­ku chle­ba cały Bóg Zba­wi­ciel. Pan Jezus w tej Eucha­ry­stii dał mi pra­gnie­nie, abym zmie­nił swo­je życie. Wstą­pi­łem do Wspól­no­ty, któ­ra się za mnie modli­ła. Mia­łem coraz więk­sze pra­gnie­nie i głód Eucha­ry­stii. Codzien­nie więc cho­dzi­łem na mszę, aby być tak bli­sko Jezu­sa, aby doświad­czać Jego obec­no­ści w Naj­święt­szym Sakra­men­cie. Po każ­dej mszy wycho­dzi­łem pełen rado­ści i poko­ju. Byłem i jestem praw­dzi­wie szczę­śli­wy. Pan Jezus zaczął mnie prze­mie­niać.

Spo­tka­nia z Panem Jezu­sem Eucha­ry­stycz­nym doda­wa­ły mi odwa­gi i sił, aby wyjść z nało­gu alko­ho­lo­we­go. Cho­dzi­łem też na tera­pie. Po wie­lu latach mia­łem odwa­gę, aby spo­tkać się z żoną i cór­ką i popro­sić o prze­ba­cze­nie. Otrzy­ma­łem je. Nie jestem z żoną, ale mamy nor­mal­ne rela­cje. Pan dał mi też pra­gnie­nie prze­ba­cze­nia moje­mu ojcu. Pan prze­mie­nił moje życie o 180 stop­ni. Teraz jestem wol­ny i praw­dzi­wie szczę­śli­wy dzię­ki Panu Jezu­so­wi. Dzię­ki tej ogrom­nej łasce i sile, któ­ra pły­nie z Komu­nii z Nim czy Ado­ra­cji Naj­święt­sze­go Sakra­men­tu. Jezus obec­ny w Eucha­ry­stii jest dla mnie moim Bogiem, Panem i Zba­wi­cie­lem, ale też Przy­ja­cie­lem. On sam mnie tak nazwał. I w tej rela­cji miło­ści i przy­jaź­ni dał mi nowe życie. Uwa­żam za naj­więk­szy cud i zaszczyt, że mogę się z Nim spo­ty­kać codzien­nie jako z chle­bem życia. I sta­ram się dbać o to, aby zawsze być goto­wym na spo­tka­nie z Jezu­sem w Eucha­ry­stii. Chwa­ła Panu!

Na koniec może życze­nie. Życz­my sobie, aby Bóg odna­lazł i dotknął kon­kret­ne oso­by dotknię­te prze­róż­ny­mi kło­po­ta­mi życio­wy­mi, ludzi zała­ma­nych, opusz­czo­nych, nad­to tych z uza­leż­nie­nia­mi. Anioł Pań­ski powie­dział do Elia­sza — czło­wie­ka osa­mot­nio­ne­go: „Wstań, jedz, bo przed tobą dłu­ga dro­ga”(1 Krl 19, 7). I on tak uczy­nił.

Dłu­ga jest nasza dro­ga życio­wa. Pro­wa­dzi nawet dalej niż do góry Horeb. Pro­wa­dzi raczej w głąb ser­ca i ku górze. Nasza dro­ga pro­wa­dzi aż do wiecz­no­ści. Zdo­by­waj­my ten wewnętrz­ny szlak dobrą orga­ni­za­cją życia, asce­zą, trzeź­wo­ścią i abs­ty­nen­cją wie­lu. Odkry­waj­my wspól­no­to­wo-chrze­ści­jań­skie powo­ła­nie do zupeł­nej wol­no­ści od wszel­kich uza­leż­nień. Owo powo­ła­nie jest dla wszyst­kich i nie doty­czy tyl­ko nie­któ­rych z nas! Jeśli nie my to kto?

Dla­te­go w nie­dzie­lę korzy­staj­my z Nie­go i posi­laj­my się na dro­gę do wiecz­no­ści. Wyjąt­ko­wa dro­ga to i spe­cjal­ny pokarm: Chleb żywy (por. J 6, 50–51), któ­ry z nie­ba zstą­pił, odży­wia­ją­cy nas do szpi­ku kości, żeby­śmy się nie zagu­bi­li, ani nie znie­chę­ci­li, ale wspie­ra­li nawza­jem i dotar­li do wiecz­ne­go celu bez zagu­bie­nia. Amen.

Ks. Inf. Dariusz Raś

Potrzebujemy chleba

Potrzebujemy chleba. Tak, wszyscy potrzebujemy pokarmu każdego dnia, jest on niezbędny do życia. Wielu cierpi z powodu jego braku i tak wielu pragnie temu brakowi zapobiec- kuchnie i jadłodajnie przyklasztorne, przyparafialne, prowadzone przez różnego rodzaju wspólnoty czy stowarzyszenia. A z drugiej strony tyle zmarnowanej, wyrzuconej na śmieci żywności, brak szacunku dla tej okruchy chleba, którą podnosi się z ziemi dla uszanowania dla darów nieba.

Istnieje jednak poważniejszy problem dotyczący pokarmu i to nie tego, który może jedynie nakarmić nasze ciała, ale wcale nie musi stać się darem życia. Jezus mówi do tłumów idących za  Nim „Ja jestem chlebem życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: Kto go je, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało, wydane za życie świata”. Problem polega na tym, że tak wielu powątpiewa w jego moc, często traktuje przyjmowanie go jedynie jako pobożną praktykę. Jakże inaczej wyglądałby świat bez goryczy, uniesienia, gniewu, wrzaskliwości, znieważania – wraz z wszelką złością. Jak daleko moglibyśmy zajść razem w drodze wyznaczonej nam przez Boga, gdybyśmy nade wszystko pragnęli tego pokarmu z nieba i karmili nim swoje serca wierząc Jezusowi.

Biednych i głodnych zawsze będziemy mieli wśród nas i oby nigdy nie zabrakło chętnych, by im pomóc. Trzeba zatroszczyć się o to, by nie marnowano żywności, ale niech największą troską zarówno głodnych jak i dających im pokarm, stanie się troska o ten pokarm, który daje życie na wieki, tak jakby każdy z nas posilony tym pokarmem z nieba chciał jak Jezus wydawać swoje życie za zbawienie świata.

o. Jacek Dubel

Okruchy

Kiedy podczas pierwszego ŚDU rozmawiałem z głoszącym rekolekcje dla naszych ubogich i zarazem założycielem Wspólnoty Betlejem, księdzem Mirosławem, dowiedziałem się o tzw. teologii okruchów. Jezusowa synteza ewangelicznego spojrzenia na ubogich znajduje się na kartach Ewangelii. Potrzeba tylko spojrzeć na miejsca, w których mowa o okruchach.

Otóż Bóg sam bardzo kocha okruchy. Kocha tych, którzy leżą pod stołami jak Łazarz. Kocha ludzi upadłych, słabych, obcych, odrzuconych, sieroty, wykluczonych. Udowadnia to w sposób szczególny ewangeliczna scena rozmowy Zbawiciela z kobietą kananejską. Prosiła ona Jezusa o uzdrowienie córeczki. Sama nie należała do wybranych: ani nie była uczniem Chrystusa, ani nie pochodziła z Izraela. Ale jakże mocno zawierzyła.

A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: „Panie, dopomóż mi!” On jednak odparł: „Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom”. A ona odrzekła: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów” (Mt 15).

Jak dobrze wiemy scena zakończyła się wielkim cudem i uzdrowieniem córki Kananejki. To wiara kobiety, jej pozytywne myślenie i zaufanie Panu sprawiły przemianę życia, wyjście z kłopotu i rozwiązanie problemu.

Nawet najmniejsze resztki, okruchy, skrawki miłości Bożej, mogą nasycić potrzebujących. Ułamek miłości Pana jest mocniejszy niż największe potrzeby ludzkie. Jeśli więc interpretując tę całą perykopę ewangeliczną uświadamiamy sobie, żeśmy szczeniętami, psiakami to nie jesteśmy w błędzie. Bo okruchy miłości Boga leczą nasze całe życie i dają nam wielką nadzieję, że naszemu ubóstwu i słabości, naszym problemom zaradzi sam Pan. „Resztki” z Jego stołu są jak największe bogactwo. Amen.

Ks. Infułat Dariusz Raś


Tekst rozpoczyna cykl coniedzielnych rozważań Ewangelii w kontekście pomocy ubogim i stanowi duchowe przygotowanie do Światowego Dnia Ubogich 2018.

Pomoc nigdy nie idzie na marne

Przez dziesięć lat byłem uzależniony. Chlałem i ćpałem. Nie byłem bezdomny, ale wiem jak się czuje człowiek na marginesie życia. W niemocy, niewierze i zniewolony. Wiem jak się czuje człowiek, który nie zna Jezusa Chrystusa.

Kiedy byłem na dnie rozpaczy pierwszy raz świadomie pomodliłem się. Wyrzekłem słowa: Jezu, jeśli rzeczywiście jesteś Bogiem, pomóż mi. Po tej modlitwie w moim życiu pojawili się ludzie z nowotarskiej wspólnoty, którzy następnie przez kilka lat konsekwentnie pomagali mi stanąć na nogi. I nie tylko mnie. Mój najlepszy kolega z poprzedniego życia, narkoman, przestał ćpać nie po odwykach, a po szczerej modlitwie ludzi ze wspólnoty i dzięki ich pomocy.

Zacząłem pomagać narkomanom, alkoholikom i bezdomnym w odruchu chęci spłacenia Bogu długu miłości. On wydobył mnie z „dołu zagłady”, gdy płacząc wołałem do Niego o pomoc. Mam mocne przekonanie, że każda, nawet najdrobniejsza pomoc, wysłuchanie kogoś, zachęcenie do powierzenia swoich problemów Bogu, załatwienie odwyku, pomoc w znalezieniu pracy, lokalu dla bezdomnych, pomoc materialna, bycie z kimś w opresyjnym momencie, ma głęboki sens i nigdy nie idzie na marne.

Wiem, że walczę wtedy z siłami ciemności, które nie wypuszczają łatwo „swojej własności”. Widziałem, że bardzo często czyjaś sytuacja stawała się jeszcze gorsza i tak zwany sukces w ogóle nie przychodził. Ale jestem przekonany, że w ratowaniu sukces nie jest mierzony ludzką miarą. Często pomoc polega na tym, że w imię Boga stwarzamy szansę dla drugiego człowieka. I zawsze towarzyszy temu człowiecza wolna wola. Ostatnio czuję się nieco zmęczony, szwankuje zdrowie. Nie mam już tej wiary co dawniej. Widocznie tak też może być. Bóg daje czas i siłę, kiedy jesteśmy gotowi.

 

Robert, 60 lat

Może to ja jestem Bartymeuszem?

Dziś, we wspomnienie św. Brata Alberta, wczytując się w niezwykłą treść Orędzia Papieża Franciszka na 2. Światowy Dzień Ubogich, warto zadać sobie pytanie: Może dziś to ja jestem tym Bartymeuszem, który powinien zawołać: „Synu Dawida! Ulituj się, abym przejrzał, abym usłyszał, aby moje życie było dobre jak chleb!”?

Zobacz i usłysz

Wygodniej jest czasem nie widzieć, nie słyszeć, nie wiedzieć. Przecież, co się zobaczyło, tego się nie „odzobaczy”, jak mówi współczesny człowiek.

Wygodniej jest nie widzieć ubogich, nie słyszeć ubogich, nie wiedzieć gdzie są. Ubogi, biedny, inny wprowadza w nasz spokojny światek dyskomfort, bo to przecież ktoś, kto przynosi niepewność, niestabilność, dezorientację w codziennych nawykach. (por. punkt 6. Orędzia na 2. Światowy Dzień Ubogich).

Nie „odzobaczy” się raz zobaczonych poranionych nóg, z których wychodzą larwy, nie „odzobaczy się” przekrwionych, załzawionych i „jeszcze wczorajszych” oczu oraz wyciągniętej dłoni, nie „odusłyszy się” pytania osadzonej : „Gdzie był Bóg, kiedy trzymałam ten nóż, którym zabiłam? ”, nie „odusłyszy się” płaczu dziecka odbieranego matce przez służby…

Otworzyć drzwi serca i życia

Może i chciało by się być wtedy kimś takim, kto współczesnego Bartymeusza ucisza, zamyka mu usta, ustawia w odpowiedniej kolejce i powoli odbiera nadzieję. Niejednokrotnie spotykając się z ludzkimi historiami, problemami, dramatami, dotykam własnej bezradności. Bezsilność zamyka oczy, uszy, serce. Trzeba odwagi, by usłyszeć krzyk potrzebującego. Czasem ten krzyk trzeba zobaczyć, bo jest już niemy, zachrypnięty, cichutki, widać go tylko w oczach. Jak usłyszysz, to nie da się „odusłyszeć”, nie można wtedy pozwolić, by ten krzyk „upadł w próżnię”. Tylko jak zrobić „przestronne miejsce” w moim sercu, jak nie „odgrywać roli”, a prawdziwie być siostrą, bratem, przyjacielem? „Duch Święty sugeruje gesty, które są znakiem odpowiedzi i bliskości Boga”.

Iskierka, którą warto dostrzec

Jeszcze jedna myśl. Gdy usłyszysz i zobaczysz głód ubogiego, ten prawdziwy, realny brak oraz zdasz sobie sprawę, że jest w tobie coś, co ten głód może zaspokoić − również „nie odzobaczysz”. Odkrywając, że Pan piecze z twego życia chleb, jesteś wolny i możesz zgodzić się na bycie narzędziem, ale możesz powiedzieć też: „nie, dziękuję”. Bóg i tak będzie kochał, i na twój biedny krzyk odpowie. Pan jest wierny, troskliwy i zawsze „opatruje rany duszy i ciała”. Jednak nie „odzobaczy się” też iskierki nadziei i szczęścia w oczach drugiego człowieka, gdy jesteś budzącym nadzieję, mówiąc: „Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię!” (Mk 10, 49), „Serio, Pan słyszy twoje wołanie i jest blisko”.

Nie wiem, jak to się dzieje, że krzyk ubogiego, „który rozdziera niebiosa i dochodzi do Boga”, nie kruszy twardej skorupy naszych serc, nie przebija się przez silnie zasklepione błony uszu, nie zrywa łusek z oczu, upada w próżnię… Może dziś to ja jestem tym Bartymeuszem, który powinien zawołać: „Synu Dawida! Ulituj się, abym przejrzał, abym usłyszał, aby moje życie było dobre jak chleb!”?

s. Teresa Pawlak

Orędzie na 2. Światowy Dzień Ubogich

W Watykanie zaprezentowano papieskie orędzie na Światowy Dzień Ubogich, który w tym roku będzie obchodzony 18 listopada.

1. „Oto biedak zawołał, a Pan go wysłuchał” (Ps 34,7). Te słowa Psalmisty stają się też naszymi wtedy, gdy stykamy się z różnymi formami cierpienia i marginalizacji, doświadczanymi przez wielu braci i sióstr, których zazwyczaj określamy ogólnym terminem „ubodzy”. Piszącemu te słowa Psalmiście nie jest obca ta sytuacja, wręcz przeciwnie, doświadcza on ubóstwa bezpośrednio, a jednak przekształca je w pieśń uwielbienia i dziękczynienia Panu. Psalm ten również dziś nam pozwala zanurzyć się w różne formy ubóstwa, zrozumieć kim są prawdziwi ubodzy, na których mamy zwrócić wzrok, by usłyszeć ich wołanie i rozeznać ich potrzeby.

Słowa te mówią nam przede wszystkim o tym, że Pan wysłuchuje ubogich, wołających do Niego i jest dobry wobec tych, którzy z sercem rozdartym przez smutek, samotność i wykluczenie w Nim szukają schronienia. Pan wysłuchuje wszystkich poniżonych, pozbawionych godności, którzy pomimo tego, co ich spotkało, mają siłę do zwrócenia wzroku ku górze, aby otrzymać światło i pocieszenie. Wysłuchuje On prześladowanych w imię fałszywej sprawiedliwości, uciskanych przez politykę niezgodną z zasadami i zastraszonych przez przemoc; mimo to świadomych, że w Bogu mają swojego Zbawiciela. To, co wyłania się z tej modlitwy, to przede wszystkim poczucie powierzenia się i zaufania Ojcu, który wysłuchuje i przyjmuje. Dzięki tym słowom możemy głębiej zrozumieć błogosławieństwo wypowiedziane przez Jezusa: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3).

Pomimo tego wyjątkowego i pod wieloma względami niezasłużonego oraz niemożliwego do pełnego wyrażenia doświadczenia, wyczuwa się pragnienie podzielenia się nim z innymi, przede wszystkim z tymi, którzy tak, jak Psalmista, są biedni, odrzuceni i zmarginalizowani. W rzeczywistości nikt nie może czuć się wyłączony z miłości Ojca, szczególnie w świecie, który bogactwo czyni pierwszym celem i zamyka osoby na innych.

2.Psalm charakteryzuje postawę ubogiego i jego związek z Bogiem za pomocą trzech czasowników. Przede wszystkim „wołać”. Stan ubóstwa nie wyraża się mową, lecz staje się krzykiem, który rozdziera niebiosa i dochodzi do Boga. Co oznacza wołanie ubogiego, jeśli nie cierpienie i samotność, rozczarowanie i nadzieję? Możemy zadać sobie pytanie: dlaczego ten krzyk, który wznosi się przed oblicze Boga, nie może dosięgnąć naszych uszu, pozostawiając nas obojętnymi i biernymi ? W takim Dniu jak ten, który dziś przezywamy, jesteśmy wezwani do poważnego rachunku sumienia, aby zrozumieć, czy naprawdę potrafimy słuchać ubogich.

Potrzebujemy zasłuchania w ciszę, aby rozpoznać ich głos. Jeśli mówimy za dużo, nie zdołamy ich usłyszeć. Obawiam się, że często wiele inicjatyw, nawet godziwych i koniecznych, jest bardziej ukierunkowanych na samozadowolenie, niż na prawdziwe rozpoznanie wołania ubogiego. Z powodu tego ukierunkowania na samozadowolenie, gdy ubodzy zaczną wznosić swoje wołanie, to nasza reakcja nie będzie odpowiednia, ponieważ nie będziemy w stanie wczuć się w ich sytuację. Staliśmy się więźniami kultury, która nakłania do przeglądania się w lustrze i do nadmiernej troski o siebie, uważając, że wystarczy gest altruizmu aby być zadowolonym, bez konieczności bezpośredniego zaangażowania.

3. Drugi czasownik to „odpowiedzieć”. Jak mówi Psalmista, Pan nie tylko słyszy wołanie ubogiego, ale również mu odpowiada. Jego odpowiedź, jak potwierdza cała historia zbawienia, jest pełnym miłości udziałem w sytuacji ubogiego. Tak było, gdy Abraham wyraził Bogu pragnienie posiadania potomstwa, chociaż on i jego żona Sara, już w podeszłym wieku, nie mogli mieć dzieci (Rdz 15,1-6). Tak się stało, gdy Mojżesz, za pośrednictwem płonącego krzewu ognia, otrzymał objawienie Imienia Bożego i misję, aby wyprowadzić lud z Egiptu (por. Wj 3,1-15). I ta odpowiedź potwierdzała się podczas całej wędrówki ludu na pustyni, kiedy odczuwał dotkliwy głód i pragnienie (por. Wj 16,1-16; 17,1-7), i kiedy popadał w najgorszą nędzę: w niewierność przymierzu oraz w bałwochwalstwo (por. Wj 32,1-14).

Odpowiedzią Boga wobec ubogiego jest zawsze interwencja zbawcza, by opatrzyć rany duszy i ciała, aby przywrócić sprawiedliwość i godne życie. Odpowiedź Boga jest również wezwaniem, aby każdy, kto wierzy w Niego, czynił to samo według swoich ludzkich możliwości. Światowy Dzień ubogich zamierza być maleńką odpowiedzią całego Kościoła, rozsianego po całym świecie, skierowaną do wszystkich ubogich, aby nie myśleli, że ich krzyk upadł w próżnię. Prawdopodobnie będzie kroplą wody na pustyni ubóstwa, mimo to jednak może stać się oznaką dzielenia z potrzebującymi, aktywnego odczuwania obecności brata i siostry. Biedni nie potrzebują aktu delegacji, ale osobistego zaangażowania tych, którzy słuchają ich wołania. Troska wierzących nie może ograniczać się do pewnej formy pomocy – chociaż koniecznej i opatrznościowej na początku – ale wymaga owej „wrażliwości miłości” (Adhortacja Apostolska Evangelii Gaudium, 199), która traktuje drugiego jako osobę i szuka jego dobra.

4. Trzeci czasownik to „wyzwolić”. Ubogi z Biblii żyje pewnością, że Bóg działa na jego korzyść, aby przywrócić mu godność. Nędza nie jest kwestią wyboru, ale wynikiem samolubstwa, pychy, chciwości i niesprawiedliwości. Zło jest tak stare, jak człowiek, ale to grzech właśnie dotyka tak wielu niewinnych i prowadzi do dramatycznych konsekwencji społecznych. Wyzwalające działanie Pana jest aktem zbawienia wobec tych, którzy przedstawili Mu swój smutek i udrękę. Niewola ubóstwa zostaje złamana mocą działania Boga. Wiele Psalmów opowiada i celebruje historię zbawienia, która znajduje odzwierciedlenie w osobistym życiu ubogiego: „Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego” (Ps 22,25). Możliwość kontemplacji oblicza Boga jest znakiem Jego przyjaźni, Jego bliskości, Jego zbawienia. „Boś wejrzał na moją nędzę, uznałeś udręki mej duszy […] postawiłeś me stopy na miejscu przestronnym.” (Ps 31,8-9). Podarować biednemu „przestronne miejsce” jest równoważne z uwolnieniem go z „sideł myśliwego” (por. Ps 91,3), z pułapki zastawionej na jego drodze, tak aby mógł on kroczyć szybko i pogodnie spoglądać na życie. Boże zbawienie przyjmuje formę wyciągniętej ku ubogiemu ręki, która ofiaruje gościnność, chroni i pozwala odczuć przyjaźń, której potrzebuje. I poczynając od tej konkretnej i namacalnej bliskości, rozpoczyna się prawdziwa droga wyzwolenia: „Każdy chrześcijanin i każda wspólnota są wezwani, by być narzędziami Boga na rzecz wyzwolenia i promocji ubogich, tak aby mogli oni w pełni włączyć się w społeczeństwo. Zakłada to, że jesteśmy uważni na krzyk ubogiego i gotowi go wesprzeć” (Adhortacja apostolska Evangelii Gaudium, 187).

5. Wzrusza mnie fakt, że tak wielu ubogich utożsamiło się z Bartymeuszem, o którym mówi Ewangelista Marek (zob. 10.46-52). Niewidomy Bartymeusz siedział przy drodze i żebrał (w. 46), a usłyszawszy, że Jezus przechodzi, „zaczął wołać” i wzywać „Syna Dawida”, by miał litość nad nim (por w. 47). „Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał” (w.48). Syn Boży usłyszał jego wołanie: „Co chcesz, abym ci uczynił?” A niewidomy mu odpowiedział: „Rabbuni, żebym przejrzał” (w. 51). Ta strona Ewangelii przedstawia to, co Psalm zwiastował jako obietnicę. Bartymeusz to ubogi, który pozbawiony jest podstawowych możliwości, takich jak wzrok i praca. Również dzisiaj wiele dróg prowadzi do różnych form niepewności! Brak podstawowych środków do życia, marginalizacja, gdy nie jest się już w pełni swoich sił roboczych, różne formy niewolnictwa społecznego, pomimo postępów osiągniętych przez ludzkość… Iluż ubogich, podobnie jak Bartymeusz, jest dziś na skraju drogi i szuka sensu swojej sytuacji! Ilu zastanawia się, dlaczego zeszli na dno tej otchłani i jak można się z niej wydostać! Czekają, aż ktoś podejdzie do nich i powie: „Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię!” (w. 49).

Niestety, często się zdarza coś zupełnie przeciwnego. Ubodzy słyszą słowa, które są zarzutami i zaproszeniem do milczenia oraz do cierpienia. Są to głosy konfliktowe, często uzależnione od strachu wobec ubogich, którzy są traktowani nie jako ludzie potrzebujący, ale jako przynoszący niepewność, niestabilność, dezorientację w codziennych nawykach, a zatem godni odrzucenia i trzymania się od nich z dala. Mamy skłonność do tworzenia dystansu między nami a nimi i nie zdajemy sobie sprawy, że w ten sposób oddalamy się od Pana Jezusa, który ich nie odrzuca, ale wzywa do siebie i pociesza. Jak stosownie brzmią w tym przypadku słowa proroka o stylu życia wierzącego: „rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać” (Iz 58,6-7). Taki sposób postępowania pozwoli na to, że grzech zostanie odpuszczony (por. 1 P 4,8), że sprawiedliwość pójdzie swoją drogą i wtedy, gdy zawołamy do Pana, On odpowie i rzeknie: oto jestem! (por. Iz 58,9).

6. Ubodzy są pierwszymi, którzy potrafią rozpoznać obecność Boga i świadczą o jego bliskości w ich życiu. Bóg pozostaje wierny swojej obietnicy i nawet w ciemności nocy nie pozbawia ciepła Swojej miłości i Swojego pocieszenia. Jednak by pokonać przytłaczający stan ubóstwa koniecznym jest, aby ubodzy doświadczyli obecności braci i sióstr, którzy się o nich troszczą, a otwierając drzwi serca i życia dadzą odczuć, że są przyjaciółmi i rodziną. Tylko w ten sposób możemy odkryć „zbawczą moc ich egzystencji” i „umieścić ją w centrum życia Kościoła” (Adhortacja apostolska Evangelii Gaudium, 198).

W ten Światowy Dzień jesteśmy zaproszeni do nadania treści słowom psalmu: „Ubodzy będą jedli i nasycą się” (Ps 22, 27). Wiemy, że w świątyni jerozolimskiej, po rytuale ofiary, odbywało się przyjęcie. W ubiegłym roku w wielu diecezjach to doświadczenie wzbogaciło obchody pierwszego Światowego Dnia Ubogich. Wielu odnalazło ciepło domu, radość świątecznego posiłku i solidarność tych, którzy zechcieli podzielić się stołem w prosty i braterski sposób. Chciałbym, aby również w tym roku i w przyszłości Dzień ten był świętowany pod znakiem radości z nowo odkrytej rzeczywistości bycia razem. Modlitwa we wspólnocie i dzielenie się posiłkiem w niedzielę to doświadczenia, które wprowadzają nas na nowo do pierwotnej wspólnoty chrześcijańskiej, którą opisuje Ewangelista Łukasz w całej swojej oryginalności i prostocie: „Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. […] Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby.” (Dz 2,42.44-45).

7. Jest wiele inicjatyw, które codziennie podejmuje wspólnota chrześcijańska, aby okazać bliskość i ulgę w wielu formach ubóstwa, które widzimy. Często współpraca z innymi organizacjami, które działają niekoniecznie z pobudek wiary, ale ze względu na ludzką solidarność, może przynieść pomoc, której sami nie bylibyśmy w stanie osiągnąć. Świadomość, że w niezmierzonym świecie ubóstwa nawet nasz wkład jest ograniczony, słaby i niewystarczający, prowadzi do wyciągnięcia ręki do innych, aby wzajemna współpraca mogła skuteczniej osiągnąć cel. Jesteśmy umotywowani wiarą i przykazaniem miłości, ale uznajemy inne formy pomocy i solidarności, które po części stawiają przed sobą te same cele; pod warunkiem że nie zaniedbujemy tego, co jest właściwe nam, to znaczy doprowadzić wszystkich do Boga i do świętości. Dialog z innymi doświadczeniami i pokora gotowości naszej współpracy, bez jakichkolwiek uprzedzeń, jest adekwatną i w pełni ewangeliczną odpowiedzią, jakiej możemy udzielić.

W pomocy ubogim nie chodzi o odegranie pewnej roli, by uzyskać pierwszeństwo działania, ale to, byśmy mogli pokornie przyznać, że to Duch Święty sugeruje gesty, które są znakiem odpowiedzi i bliskości Boga. Kiedy znajdujemy okazję, aby zbliżyć się do ubogich, musimy zdać sobie sprawę z tego, że pierwszeństwo należy do Niego, gdyż to On otworzył nasze oczy i nasze serce na nawrócenie. Ubodzy nie potrzebują osób, które działają aby zadowolić najpierw siebie. Ubodzy potrzebują miłości, która potrafi się ukryć i zapomnieć o wyrządzonym dobru. Prawdziwym pierwszym planem działania jest Pan oraz ubodzy. Ten, kto oddaje się na służbę, jest narzędziem w ręku Boga, aby ukazać Jego obecność i Jego zbawienie. Wspomina o tym św. Paweł pisząc do chrześcijan w Koryncie, którzy rywalizowali ze sobą pod względem charyzmatów, szukając tych najbardziej prestiżowych: „Nie może więc oko powiedzieć ręce: «Nie jesteś mi potrzebna», albo głowa nogom: «Nie potrzebuję was».” (1 Kor 12, 21). Apostoł czyni ważną uwagę podkreślając, że członki ciała, które wydają się słabsze, są właśnie najbardziej potrzebne (zob. w. 22); „a te, które uważamy za mało godne szacunku, tym większym obdarzamy poszanowaniem. Tak przeto szczególnie się troszczymy o przyzwoitość wstydliwych członków ciała, a te, które nie należą do wstydliwych, tego nie potrzebują.” (w. 23-24). Dając podstawowe nauczanie o charyzmatach, Paweł poucza wspólnotę także o ewangelicznej postawie wobec jej najsłabszych i najbardziej potrzebujących członków. Z dala od uczucia pogardy i litości wobec nich; uczniowie Chrystusa są powołani raczej, aby okazać im szacunek, dać im pierwszeństwo w przekonaniu, że są oni znakiem prawdziwej obecności Jezusa wśród nas. „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. (Mt 25,40).

8. Dzięki temu zrozumiałym staje się, jak odległy jest nasz styl życia od stylu życia świata, który chwali, postępuje i naśladuje tych, którzy mają władzę i bogactwo, jednocześnie marginalizując ubogich i uważa ich za odpadki i coś wstydliwego. Słowa Apostoła są zaproszeniem, by wypełnić ewangeliczne wezwanie do solidarności ze słabszymi i mniej obdarzonymi członkami ciała Chrystusowego: „Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współweselą się wszystkie członki” (1 Kor 12,26). Tak samo w Liście do Rzymian napomina nas: „Weselcie się z tymi, którzy się weselą, płaczcie z tymi, którzy płaczą. Bądźcie zgodni we wzajemnych uczuciach! Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne (12,15-16). Takie jest powołanie ucznia Chrystusa; ideał, do którego musimy nieustannie dążyć, aby coraz bardziej asymilować w nas „dążenia Jezusa Chrystusa” (Flp 2, 5).

9. Słowo nadziei staje się naturalnym zakończeniem, do którego prowadzi wiara. Często to właśnie ubodzy podważają naszą obojętność, która jest owocem wizji życia zbyt skoncentrowanego na sobie oraz nadmiernie powiązanego z teraźniejszością. Wołanie ubogiego jest również okrzykiem nadziei, poprzez który manifestuje on pewność, że zostanie wyzwolony. Nadzieja ta oparta jest na miłości Boga, który nie porzuca tego, kto mu się powierza (por. Rz 8, 31-39). Święta Teresa z Ávili napisała w swojej Drodze doskonałości: „Ubóstwo jest dobrem, które zawiera w sobie wszystkie dobra świata; zapewnia nam wielkie panowanie, to znaczy: czyni nas właścicielami wszystkich ziemskich dóbr, ponieważ sprawia, że nimi gardzimy „(2, 5). Na miarę tego, jak jesteśmy w stanie rozpoznać prawdziwe dobro, stajemy się bogaci przed Bogiem oraz mądrzy przed sobą i przed innymi. Jest dokładnie tak: na tyle, na ile zdoła się nadać właściwy i prawdziwy sens bogactwu, wzrasta się w człowieczeństwie i staje się zdolnym do dzielenia się z innymi.

10. Zapraszam braci Biskupów, Kapłanów a w szczególności Diakonów, na których nałożono ręce dla służby ubogim (por. Dz 6,1-7), zapraszam Osoby konsekrowane oraz Świeckich, którzy w parafiach, stowarzyszeniach oraz ruchach dają konkretną odpowiedź Kościoła na wołanie ubogich, aby przeżyli w ten Światowy Dzień Ubogich jako uprzywilejowany moment nowej ewangelizacji. Ubodzy nas ewangelizują, pomagając nam odkrywać każdego dnia piękno Ewangelii. Nie przegapmy tej okazji do bycia łaskawymi. Poczujmy się wszyscy w tym dniu dłużnikami ubogich, abyśmy poprzez wyciągnięte ręce do siebie nawzajem mogli zrealizować zbawcze spotkanie, które umacnia wiarę, urzeczywistnia miłość i umożliwia nadzieję w kroczeniu bezpiecznie na drodze do Pana, który przychodzi.

Z Watykanu, 13 czerwca 2018 r

Wspomnienie liturgiczne św. Antoniego z Padwy

FRANCISZEK

 

źródło: www.vaticannews.va/pl

7518 par skarpet trafi do osób będących w kryzysie bezdomności

7518 par skarpet trafi do osób będących w kryzysie bezdomności dzięki pomocy osób, które włączyły się w akcję „Zbieramy 2000 par skarpet”.
Liczba jest stanem na dzień 20 marca, organizatorzy wciąż otrzymują informacje o kolejnych przesyłkach.
Dziękujemy wszystkim, którzy kupili parę skarpet, organizowali zbiórki w swoich środowiskach i tym, którzy zachęcali do włączenia się w pomoc. Dziękujemy pomysłodawczyni akcji Annie Samborskiej-Neissner oraz Pracowni Tomasza Karcza za pomoc w organizacji, a także Duszpasterstwu Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej za jej koordynowanie. Dziękujemy mediom oraz każdemu kto ciepłym słowem wsparł naszą akcję.
Każda dostarczona para to coś więcej niż tylko skarpety – to znak wielkich serc, braterstwa i zainteresowania osobami będącymi w kryzysie bezdomności.
DZIĘKUJEMY!

Akcja „Zbieramy 2000 par skarpet” przedłużona do 20 marca

W związku z dużym zainteresowaniem akcją zbierania skarpet dla ubogich, organizatorzy postanowili przedłużyć akcję do 20 marca.

Do tej pory w akcję włączyło się mnóstwo osób i instytucji (zakładów pracy, szkół) zarówno z terenu Archidiecezji Krakowskiej, jak i spoza niej. Dzięki pomocy wielu mediów, udało się nagłośnić zbiórkę i tym samym pomóc zebrać jak największą ilość skarpet, które szczególnie w zimie są potrzebne, by zapewnić bezdomnym i ubogim komfort i podstawową higienę.

Aby pomóc należy kupić skarpety i oddać je do wskazanych punktów (lista miejsc znajduje się TUTAJ) lub zorganizować zbiórkę w miejscach pracy i spotkań i zgłosić ją do organizatorów. Można także wysłać skarpety pocztą na adres:
Duszpasterstwo Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej
ul. Sienna 5
31-004 Kraków

Akcja „Zbieramy 2000 par skarpet” trwa od 20 lutego i ma na celu zbiórkę skarpet dla najbardziej potrzebujących osób, które trafią do potrzebujących przez ręce osób na co dzień z nimi pracujących: Albertynki i Albertyni, Dzieło ojca Pio, Caritas, Sant’Egido, Zupa na Plantach. Akcja jest koordynowana przez Duszpasterstwo Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej.

W przypadku pytań prosimy o kontakt telefoniczny: 604171061, 601454970, lub mailowy: duszpasterzmlodziezy@diecezja.pl.