Potrzebujemy siebie nawzajem

„A wy za kogo Mnie uważacie?”
Mk 8, 27-35

Jezus jest dla mnie wszystkim. Kiedy Go poznałam jako 18-latka, Ewangelia stała się dla mnie drogowskazem, a Jezus drogą. Jezus mnie uwiódł, a ja „dałam się uwieść”. Od tej pory weryfikowałam swoje życie ze słowami Jezusa i zaczęłam WIDZIEĆ. Ale to nie wystarczało. „Wiara bez uczynków”…

Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? (…) Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie.
Jk 2, 14-18

Pierwsze kroki skierowałam do dzieci z podwórek, którymi nikt się nie opiekował i zajmowałam się nimi przez 10 lat. Potem, już w Krakowie spotkałam siostrę zakonną, która prowadziła jadłodajnię dla bezdomnych i poszłam tam służyć razem z nią. Znalazłam ludzi smutnych, złamanych życiowym doświadczeniem, samotnych, odrzuconych, pogardzanych, z pustymi oczami.

„Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, ten je zachowa”.
Mk 8, 27-35

Może zabrzmi to jak banał, ale ci ludzie stali się dla mnie ważni. Kiedy nalewam zupę do talerza, to wiem, że jestem im potrzebna. Kiedy szukam ciepłej kurtki, cieszę się, że nie zmarznie człowiek bez domu. Kiedy sprzątam, robię to, żeby czuli się szanowani. Bez naszych bezdomnych i biednych byłabym innym człowiekiem. Oni nauczyli mnie pokory, ciszy, znaczenia gestu, oszczędności słów, potęgi uśmiechu.

Cieszę się, kiedy pamiętają moje imię i mówią: „Jak pani dzisiaj ma dyżur, to będzie kapuśniak!” I czasami rzeczywiście jest. Często spotykam ich poza jadłodajnią. Jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi. Cieszę się, że Pan mnie do nich posłał. Potrzebujemy siebie nawzajem. A pośrodku nas jest Chrystus i Matka Najświętsza. No i oczywiście św. Brat Albert z chlebem i sercem dla każdego. Tylko dziękować!

Anna, 58 lat


Cotygodniowe rozważania Ewangelii w kontekście pomocy ubogim, stanowią duchowe przygotowanie do 2. Światowego Dnia Ubogich w Archidiecezji Krakowskiej.

Jakie są moje pragnienia?

Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, z dala od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: „Effatha”, to znaczy: Otwórz się. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I przepełnieni zdumieniem mówili: „Dobrze wszystko uczynił. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę”.
(Mk 7, 31-37)

Pan Bóg nie jest głuchy na wołanie ubogiego. Widać to wyraźnie w dzisiejszych czytaniach. „On sam przychodzi by nas zbawić”. Przychodzi by pochylić się nad biedą i nędzą potrzebujących. Chce, by chory wyskoczył, niemy krzyknął, głuchy usłyszał, niewidomy zobaczył. Czy jestem w tym podobny do Boga? Czy moim pragnieniem jest pomoc tym, którzy są w potrzebie, a których Bóg postawił na mojej drodze?

Jezus bierze głuchoniemego na stronę. Nie robi teatru, nie chce się przechwalać, jak wspaniale pomaga ubogiemu. Tam, na uboczu, dotyka sedna jego biedy. Czy potrafię odejść na bok, zostawić wir swoich obowiązków, zajęć, spraw by pochylić się nad potrzebującym? A gdy już to zrobię – czy chcę, by zostało to w cichości relacji między mną a Bogiem?

Andrzej Lewek


Cotygodniowe rozważania Ewangelii w kontekście pomocy ubogim, stanowią duchowe przygotowanie do 2. Światowego Dnia Ubogich w Archidiecezji Krakowskiej. Autorami rozważań są osoby zaangażowane w pomoc osobom będącym w kryzysie bezdomności oraz w organizację obchodów 2. ŚDU.

Ciągle wierzę

Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: „Słuchajcie mnie wszyscy i zrozumcie. Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Wszystko to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym”.
Mk 7, 1-23

Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam o konieczności pielęgnowania własnego wnętrza – by wychodziło z niego to, co czyste i dobre. Jak wypracować w sobie „dobre wnętrze”? Przykładów pracy nad własnym wnętrzem możemy szukać u ludzi, którzy żyją obok nas – których serce jest skierowane na pomoc i dobro drugiego człowieka. Jedną z takich osób jest pani Marta Sawicka – Miłosierna Samarytanka Roku 2013, która dzieli się swoim świadectwem:

Przed stanem wojennym, w 1980 roku, moja nieżyjąca już siostra Teresa, pewnego dnia zauważyła na ul. Wrocławskiej starszą panią ze złamaną ręką niosącą nieporadnie menażkę. Jak się okazało, kobieta szła do pobliskiej stołówki po obiad. Siostra zaoferowała pomoc w przynoszeniu posiłków, jednak szybko okazało się, że ze względu na godziny swojej pracy, nie jest w stanie zdążyć przed zamknięciem bufetu. Postanowiła gotować dla tej pani i przynosić obiady. Kiedy przyszła do niej któregoś dnia spostrzegła, że obdarowana dzieli się posiłkiem z innymi potrzebującymi. Zaczęła gotować również dla nich. Któregoś dnia spotkała niewidomą panią jeżdżącą na posiłki aż do Albertynów i zaproponowała jej obiady znacznie bliżej. Wkrótce grono głodnych powiększyło się do kilkudziesięciu osób, a bywały dni, że jadło 170-ciu. I tak minęło 37 lat. W 2010 umarła, wcześniej zdążyła zachorować na cukrzycę, niewydolność nerek, owrzodzenia i Bóg wie co jeszcze.

Teresa od dziecka kochała ludzi starych. Jej marzeniem była medycyna, a konkretnie chirurgia. Nie dane jej było skończyć studiów. Została nauczycielem języka rosyjskiego. Pomagała już na studiach, była człowiekiem ośmiu błogosławieństw, kochała zwierzęta. Zgadała się z siostrą służebniczką i razem chodziły po domach obłożnie chorych i ubogich, opatrywały rany. Widziałam nieraz jak była ledwo żywa ze zmęczenia.

Podobnie jak ja nie wyszła za mąż. Odrzucała adoratorów i kolejne oświadczyny. Żaden z nich nie podzielał jej poświęcenia dla ubogich. Widziała w tym pole do przyszłych konfliktów. Przestała gotować w 1997 roku, kiedy zaczęły się poważne choroby. Zastąpiłam ją razem ze znajomymi paniami. Nigdy nie chciała zrezygnować, pomimo szykanowania nas za ściąganie ubogich do budynku. Ja miałam wątpliwości przez te wszystkie lata. Przeszłam raka w 2001 roku, chemię, naświetlania. Nie dałam rady już gotować. Poprosiłam dobrych ludzi.

Po śmierci Teresy chciałam dać sobie spokój. Poprosiłam znajome z ruchu odnowy o rozeznanie. Powiedziały, że ze Słowa Bożego wynika, żeby nie brać ciężarów ponad siły i żebym przerwała. Ale skoro przez 30 lat Bóg nas prowadził, to jakbym teraz skończyła oznaczałoby to, że zdradzam Pana Jezusa. To Jego kuchnia, Jego dzieło. Postanowiłam kontynuować. Zdarza się, że dokładam się komuś do czynszu, płacę rachunki. Niedawno pochowałam samotną starszą panią, która mieszkała u mnie w ostatnim okresie życia.
Ja sama nie potrzebuję nic. Nie wyobrażam sobie innego życia. Przychodzą do mnie po obiady alkoholicy, psychicznie chorzy. Opowiadają mi o swoich problemach. Czasem nie daję rady słuchać. Ale ciągle wierzę.

Mieć „dobre wnętrze” to umieć zauważyć potrzeby drugiego człowieka, odpowiadać na nie i trwać z Bogiem na modlitwie, być otwartym na Jego działanie. Być dobrym, znaczy wierzyć. Ciągle.

 


Kuchnię dla ubogich prowadzoną przez panią Martę Sawicką, można wesprzeć finansowo poprzez organizowane co kwartał kwesty przy kościele oo. Dominikanów w Krakowie oraz składając ofiarę do puszki znajdującej się we wnętrzu kościoła.

Dzięki nim ponownie uwierzyłam w siebie

Pochodzę z rodziny patologicznej. Moja matka była uzależniona od alkoholu. Urodziła nas trzynaścioro, a ojciec zostawił mnie i moją rodzinę, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Ja i moi dwaj bracia trafiliśmy do domu dziecka, a potem do rodziny zastępczej. W wieku 18 lat wyprowadziłam się od nich i zaczęłam eksperymentować z używkami. Poznałam mężczyznę, z którym zaszłam w ciążę. Urodziłam córkę.

W Domu Samotnej Matki przebywam od ponad roku. Po raz trzeci. Za pierwszym razem nie byłam w stanie współpracować i podporządkować się regulaminowi. Po długim czasie wreszcie podjęłam współpracę, rozmawiam z innymi o swoich problemach, uczęszczam na warsztaty organizowane na terenie domu. W wielu kwestiach mogę polegać na pracownikach i współmieszkankach domu. Dzięki nim ponownie uwierzyłam w siebie oraz swoje możliwości. Pomogli mi rozwiązać codzienne problemy. Wróciłam do szkoły, podjęłam pracę zarobkową, a moja córka zaczęła uczęszczać do przedszkola.

Planuję opuścić placówkę. Mieszkając w domu nauczyłam się, że nawet najtrudniejsze przeciwności losu można pokonać. Chcę, aby moja córka miała zdrową i normalną rodzinę, aby nigdy nie musiała usłyszeć, że wychowuje się w „patologicznej rodzinie”.

Wszystkim, którzy pomogli mi się zmienić i wspierali mnie, gdy zmagałam się z wieloma problemami – dziękuję.

Bożena, 28 lat

 

Ku szczęściu

Nasza polska pobożność ma bardzo intensywny rys Maryjny. W wielu parafiach odbywają się specjalne procesje ku czci Matki Bożej, miliony Polaków odmawia różaniec, a nasza dziejowa historia na zawsze związała się z Sanktuarium Królowej Polski na Jasnej Górze. Spośród śpiewanych pieśni najpiękniejsze są te Maryjne, a w sierpniu tysiące pątników pieszo pielgrzymuje do Częstochowy i innych sanktuariów Maryjnych.

Jednym z podstawowych wymiarów pobożności Maryjnej jest zawierzenie. O wartości i sile tego aktu uczył nas i dawał tego świadectwo Jan Paweł II. Jego zawołanie Totus Tuus stało się poniekąd wezwaniem całego narodu, a z pewnością wielu spośród nas.

Maryi jako pierwszy zawierzył nas Chrystus. To On z drzewa Krzyża wypowiedział te słowa: „Oto Syn Twój”.  Maryja troszczy się o każdego człowieka, a zwłaszcza o człowieka zagubionego, przygniecionego ciężarem ubóstwa, samotności, nałogów. Troska Maryi o człowieka wyraża się wskazywaniu tych cnót, których tak bardzo nam potrzeba. To właśnie Ona, objawiając się dzieciom w Fatimie przed stu laty, poprosiła – odmawiajcie różaniec. Modlitwa jest drogą, którą wskazuje nam Maryja.

Pomódlmy się dziś tą modlitwą za naszych Ubogich, zawierzając ich Maryi. Modlitwa otwiera nasze serca, zbliża do Boga, pomaga iść szlakiem naszej ziemskiej pielgrzymki ku szczęściu. Niech Maryja – nasza Matka, której zostaliśmy zawierzeni, prowadzi nawet po najgorszych i najtrudniejszych drogach naszego życia.

Wołajmy za papieżem – Totus Tuus!

Ks. Łukasz Michalczewski


Cotygodniowe rozważania Ewangelii w kontekście pomocy ubogim, stanowią duchowe przygotowanie do 2. Światowego Dnia Ubogich w Archidiecezji Krakowskiej. Autorami rozważań są osoby zaangażowane w pomoc osobom będącym w kryzysie bezdomności oraz w organizację obchodów 2. ŚDU.

Daj się poderwać!

Mój podopieczny po raz kolejny zaproponował spotkanie z zaprzyjaźnioną parą w podeszłym wieku, która chciała po prostu poznać siostrę zakonną, opiekującą się ich znajomym. Pomyślałam: tyle mam spraw do załatwienia dla moich podopiecznych, a przecież oni pomocy nie oczekują, szkoda czasu. Skoro jednak panu Januszowi tak bardzo na tym zależy, to jakoś wyskrobię kilka chwil w moim zabieganym dniu.

Nić porozumienia nawiązała się już przy pierwszym spotkaniu. Historia ich życia nadawałaby się na świetny film fabularny. Słuchałam oczarowana. Rzeczywiście, pomocy materialnej nie potrzebowali. Mieli jednak marzenia. Czy to nie cudowne mieć marzenia, gdy się skończyło 80 lat?

To było ich drugie małżeństwo. Oboje stracili już swoich pierwszych małżonków. Pan Stanisław, były powstaniec, o szarmanckich manierach, zakochany w obecnej żonie jak nastolatek, ciągle próbował sprowokować ją do zazdrości. Oczywiście żona doskonale wyczuwała ten klimat i mitygowała go słowami: „Stasiu, nie podrywaj siostry”.

Będąc w szpitalu nie stracił pogody ducha pomimo poważnej choroby. Przedwojenna kultura bycia połączona z niebywałym humorem zadziwiała personel. Przekonywał lekarzy, że muszą go szybko wypisać, bo jego żona i siostra zakonna „chodzą razem na chłopaki” i on musi kobiet pilnować.
To właśnie wtedy poznałam największą pasję tego małżeństwa – wyprawy do lasu. Niestety, obecnie pozostawały tylko w sferze marzeń, ze względu na stan zdrowia. Po powrocie do domu trzeba było podjąć decyzję dotyczącą dalszego leczenia. Nareszcie przydało się moje długoletnie doświadczenie pracy w Hospicjum.

Przyszła jesień, zapachniało grzybami i marzeniami. Razem z panią Anią wybrałyśmy las na równym terenie i blisko drogi. Z duszą na ramieniu zostawiłam samochód i ruszyliśmy. Ważniejsza od strachu okazała się radość pana Stasia. Znał każde drzewo, każdy kwiatek i wszystkie naturalne leśne skarby. W drodze powrotnej postanowił zabrać „dziewczyny” na lody i żadną przeszkodą nie było to, że ze zmęczenia nie był w stanie wysiąść z samochodu. Roziskrzone radością oczy mówiły same za siebie.

Zanim odszedł na drugą stronę życia byliśmy jeszcze na jednej leśnej wyprawie. Rozmawialiśmy o tym co ważne i najważniejsze w życiu, a ja znów miałam duszę na ramieniu czy starczy mu sił żeby wrócił do samochodu.

Miało być o pomaganiu potrzebującym, a przecież oni radzili sobie sami i nie potrzebowali mojej pomocy. A jednak to właśnie u nich poczułam się bardzo potrzebna, pomimo, że nic materialnego nie wniosłam w ich życie.

Czasem ludzie myślą, że trzeba dużo mieć pieniędzy żeby innym pomagać, a wystarczy tylko serce, które umie widzieć.

Zakonnica, która „dała się poderwać”

Boję się, ale wchodzę w to!

Z dzieciństwa zapamiętałam długie godziny spędzone w lesie na zbieraniu jagód (sprzedając jagody zarabiałam na zakup ubrania). I to, jak dowiedziałam się, że dom w którym mieszkałam z rodzicami nie jest nasz i mamy się wyprowadzić. To był dla mnie szok. Od tamtej pory mieszkaliśmy w przeróżnych warunkach, ale nigdzie nie czułam się bezpiecznie.

Kiedy przyszedł czas wyboru liceum, bez problemu dostałam się na profil plastyczny, ponieważ od zawsze lubiłam malować. Czas spędzony w szkole średniej to były moje szczęśliwe lata. Potem zaczęły się schody, nie dostałam się na malarstwo i rok spędziłam w domu. To było ciężkich 12 miesięcy – miałam złe relacje z tatą, nauczyłam się „przepraszać, że żyję” i nie mieć potrzeb, najlepiej żadnych. Po roku dostałam się na studia. Skończyłam malarstwo w Krakowie. Jednak jeszcze w trakcie nauki zaczęłam się panicznie bać życia i tego, że sobie nie poradzę. I rzeczywiście, wraz z otrzymaniem dyplomu mój czarny scenariusz spełnił się, zostałam oszukana przez właścicielkę galerii, w której pracowałam. Bez pieniędzy i pomysłu na życie przemieszkałam dwa lata u znajomych, a rzeczy trzymałam w depozycie. Do rodziców wracałam tylko na święta, ale nie przyznawałam się do tego, jak wygląda moja sytuacja. Robiłam wszystko, by się utrzymać. W końcu razem z kolegą zaczęłam wynajmować pracownie – on w niej malował, a ja mieszkałam. Wszystko dobrze, tylko w pracowni nie było łazienki i w ogóle wody. Mój dzień to było nieustanne kombinowanie gdzie i jak się umyć. Zapadłam na zdrowiu psychicznym, krępowałam się zadzwonić do pracodawcy, bo wstydziłam się siebie.

Któregoś dnia zobaczyłam przyklejoną do drzwi kartkę z adresem stowarzyszenia, które pomagało osobom ubogim i bezdomnym oferując darmową łaźnię i pralnię. Choć nie wyglądam, to jedną nogą już jestem na ulicy – pomyślałam i poszłam tam. Był to 2014 rok, chyba marzec. Ta kartka na drzwiach uratowała mi życie. Z działu pomocy doraźnej trafiłam do działu socjalnego, potem zaproponowano mi pomoc psychologiczną. Pani Asia, psychoterapeutka, zaproponowała mi terapię grupową, „Boję się, ale wchodzę w to!” – powiedziałam. Tak rozpoczęła się powolna przemiana mojego życia. Po jakimś czasie otwarły się dla mnie kolejne drzwi – trafiłam do Centrum Integracji Społecznej. Dzięki temu niedługo potem podjęłam pracę. Dziś od nowa uczę się żyć, jestem innym człowiekiem.

Kinga, 30 lat

Niektórzy?

W mie­sią­cu piel­grzy­mek i ogło­szo­ne­go ape­lu bisku­pów pol­skich o trzeź­wość na nie­pod­le­głość, trze­ba powie­dzieć coś praw­dzi­we­go o nas samych, o Pola­kach: pije­my coraz wię­cej alko­ho­lu. Pije­my, aby zara­dzić np. samot­no­ści, kło­po­tom, stre­so­wi, bra­ko­wi dobrych zwy­cza­jów i pomy­słów na wypo­czy­nek. Na tle Euro­py wzrost spo­ży­cia alko­ho­lu pla­su­je Pol­skę w czo­łów­ce. Armia uza­leż­nio­nych liczy u nas 800 tysię­cy osób. Nato­miast nad­mier­nie i szko­dli­wie pije alko­hol w Pol­sce ponad 3 mln osób (Por. Par​pa​.pl). Czy może­my wobec pro­ble­mu trzeź­wo­ści uży­wać ambi­wa­lent­ne­go sfor­mu­ło­wa­nia: to prze­cież tyl­ko nie­któ­rzy? Uza­leż­nie­nie od sub­stan­cji che­micz­nych, nie tyl­ko alko­ho­lu, jest poważ­nym pro­ble­mem wie­lu z nas. Doty­czy bar­dzo wie­lu rodzin i wszyst­kich grup spo­łecz­nych, zawo­dów, sta­nów.

Nie­któ­rzy ludzie znaj­du­ją się w sytu­acji podob­nej do Elia­sza. Są jak on na pusty­ni. Samot­ni ze swo­im dra­ma­tem. Wie­rzą­cy mogą jed­nak zawo­łać do Góry jak świę­ty pro­rok: „Dosyć Panie! Odbierz moje życie, bo nie jestem lep­szy od moich przod­ków”(1 Krl 19, 4). Bo życie się posy­pa­ło, nie ma świa­teł­ka w tune­lu. Bo obrót spraw przy­brał taką postać, że nic się już nie chce. Bo wypa­lił się życio­rys.

Lecz dziś, w tym daro­wa­nym Sło­wie na nie­dzie­lę, widzi­my rów­nież nadzie­ję. Elia­sza Bóg nie opu­ścił, ale zara­dził pro­ble­mo­wi samot­no­ści pro­ro­ka, jego wyczer­pa­nia i odrzu­ce­nia. Zapro­si­li­śmy dla­te­go jed­ne­go z nas, któ­ry da świa­dec­two o sobie. Nie będzie mówił o nie­któ­rych, lecz o sobie samym. Dowie­my się jak Bóg zebrał jego życie w całość, upo­rząd­ko­wał. Jakie było jego woła­nie do Boga? Jaka odpo­wiedź? Okaż­my mu życz­li­wość i posłu­chaj­my. Zapra­szam.

Mam na imię Darek i mam 47 lat. Jestem alko­ho­li­kiem, od 5 lat nie piją­cym dzię­ki łasce Pana Boga. Pocho­dzę stąd, z Ryn­ku Głów­ne­go. Miesz­ka­łem pod 13-nast­ką. Do 40-go roku moje życie toczy­ło się w grze­chu i pijań­stwie. Zaczą­łem pić jako nasto­let­ni chło­pak. Nie wiem, w któ­rym momen­cie stra­ci­łem kon­tro­lę i nie­win­ne impre­zy, jak sądzi­łem,  prze­ro­dzi­ły się w nałóg i uza­leż­nie­nie. Byłem wów­czas bar­dzo agre­syw­ny i wul­gar­ny. Uwa­ża­łem, że nikt nie ma pra­wa zwró­cić mi uwa­gi, bo ja wiem co robię, i jestem wol­ny. Nie dostrze­ga­łem tego jak się sta­czam. Tra­ci­łem pra­cę za pra­cą przez pijań­stwo. Nie mia­łem żad­nych rela­cji z rodzi­ną. Każ­de­go trak­to­wa­łem jak wro­ga — oprócz kole­gów od kie­lisz­ka. 18 lat temu zosta­wi­łem żonę z nie­speł­na rocz­ną cór­ką dla innej kobie­ty. Jesz­cze bar­dziej pogrą­ża­łem się w alko­ho­li­zmie. Prak­tycz­nie codzien­nie urzą­dza­łem okrop­ne awan­tu­ry. Do kościo­ła nie cho­dzi­łem pra­wie w ogó­le. A kie­dy zdą­ża­ło mi się być, to z zazdro­ścią patrzy­łem na ludzi, któ­rzy idą do Komu­nii. Ale sądzi­łem, że Bóg nie chce nawet patrzeć na takie­go wyrzut­ka i mene­la, któ­ry zro­bił tyle krzyw­dy innym, że kocha tyl­ko tych dobrych, któ­rzy się modlą. Nie widzia­łem dla sie­bie żad­nych szans, ale wma­wia­łem sobie, że jestem szczę­śli­wy i wol­ny.

Sześć lat temu moja przy­ja­ciół­ka zapro­si­ła mnie na reko­lek­cje „Nowe Życie”. Nie chcia­łem jed­nak o tym sły­szeć. Ale ona była tak natręt­na i namol­na, że w koń­cu dla świę­te­go spo­ko­ju zgo­dzi­łem się jechać. Byłem prze­ko­na­ny, że nic tam się nie wyda­rzy, bo Bóg nie kocha takich jak ja. Na tych reko­lek­cjach oso­bi­ście doświad­czy­łem Miło­ści Bożej. Kie­dy usły­sza­łem, że Bóg mnie kocha takie­go jakim jestem, pomi­mo moich grze­chów i z całym tym baga­żem moje­go życia, że dał Swo­je­go Syna Jezu­sa Chry­stu­sa, aby oddał życie za mnie, aby mnie zba­wić, wte­dy coś we mnie pękło i uwie­rzy­łem w to Sło­wo. Przy­szła nadzie­ja, że mogę żyć ina­czej, z Bożą pomo­cą mogę zmie­nić sie­bie. Po kil­ku­na­stu latach przy­stą­pi­łem do spo­wie­dzi. Kapłan, któ­ry mnie spo­wia­dał nie oce­nił mnie, ani nie potę­pił.  Kie­dy po tylu latach sze­dłem do Komu­nii świę­tej to czu­łem się jak­by to była moja pierw­sza Komu­nia. Mia­łem świa­do­mość, że to sam Jezus żywy przy­cho­dzi do mnie. W tym kawał­ku chle­ba cały Bóg Zba­wi­ciel. Pan Jezus w tej Eucha­ry­stii dał mi pra­gnie­nie, abym zmie­nił swo­je życie. Wstą­pi­łem do Wspól­no­ty, któ­ra się za mnie modli­ła. Mia­łem coraz więk­sze pra­gnie­nie i głód Eucha­ry­stii. Codzien­nie więc cho­dzi­łem na mszę, aby być tak bli­sko Jezu­sa, aby doświad­czać Jego obec­no­ści w Naj­święt­szym Sakra­men­cie. Po każ­dej mszy wycho­dzi­łem pełen rado­ści i poko­ju. Byłem i jestem praw­dzi­wie szczę­śli­wy. Pan Jezus zaczął mnie prze­mie­niać.

Spo­tka­nia z Panem Jezu­sem Eucha­ry­stycz­nym doda­wa­ły mi odwa­gi i sił, aby wyjść z nało­gu alko­ho­lo­we­go. Cho­dzi­łem też na tera­pie. Po wie­lu latach mia­łem odwa­gę, aby spo­tkać się z żoną i cór­ką i popro­sić o prze­ba­cze­nie. Otrzy­ma­łem je. Nie jestem z żoną, ale mamy nor­mal­ne rela­cje. Pan dał mi też pra­gnie­nie prze­ba­cze­nia moje­mu ojcu. Pan prze­mie­nił moje życie o 180 stop­ni. Teraz jestem wol­ny i praw­dzi­wie szczę­śli­wy dzię­ki Panu Jezu­so­wi. Dzię­ki tej ogrom­nej łasce i sile, któ­ra pły­nie z Komu­nii z Nim czy Ado­ra­cji Naj­święt­sze­go Sakra­men­tu. Jezus obec­ny w Eucha­ry­stii jest dla mnie moim Bogiem, Panem i Zba­wi­cie­lem, ale też Przy­ja­cie­lem. On sam mnie tak nazwał. I w tej rela­cji miło­ści i przy­jaź­ni dał mi nowe życie. Uwa­żam za naj­więk­szy cud i zaszczyt, że mogę się z Nim spo­ty­kać codzien­nie jako z chle­bem życia. I sta­ram się dbać o to, aby zawsze być goto­wym na spo­tka­nie z Jezu­sem w Eucha­ry­stii. Chwa­ła Panu!

Na koniec może życze­nie. Życz­my sobie, aby Bóg odna­lazł i dotknął kon­kret­ne oso­by dotknię­te prze­róż­ny­mi kło­po­ta­mi życio­wy­mi, ludzi zała­ma­nych, opusz­czo­nych, nad­to tych z uza­leż­nie­nia­mi. Anioł Pań­ski powie­dział do Elia­sza — czło­wie­ka osa­mot­nio­ne­go: „Wstań, jedz, bo przed tobą dłu­ga dro­ga”(1 Krl 19, 7). I on tak uczy­nił.

Dłu­ga jest nasza dro­ga życio­wa. Pro­wa­dzi nawet dalej niż do góry Horeb. Pro­wa­dzi raczej w głąb ser­ca i ku górze. Nasza dro­ga pro­wa­dzi aż do wiecz­no­ści. Zdo­by­waj­my ten wewnętrz­ny szlak dobrą orga­ni­za­cją życia, asce­zą, trzeź­wo­ścią i abs­ty­nen­cją wie­lu. Odkry­waj­my wspól­no­to­wo-chrze­ści­jań­skie powo­ła­nie do zupeł­nej wol­no­ści od wszel­kich uza­leż­nień. Owo powo­ła­nie jest dla wszyst­kich i nie doty­czy tyl­ko nie­któ­rych z nas! Jeśli nie my to kto?

Dla­te­go w nie­dzie­lę korzy­staj­my z Nie­go i posi­laj­my się na dro­gę do wiecz­no­ści. Wyjąt­ko­wa dro­ga to i spe­cjal­ny pokarm: Chleb żywy (por. J 6, 50–51), któ­ry z nie­ba zstą­pił, odży­wia­ją­cy nas do szpi­ku kości, żeby­śmy się nie zagu­bi­li, ani nie znie­chę­ci­li, ale wspie­ra­li nawza­jem i dotar­li do wiecz­ne­go celu bez zagu­bie­nia. Amen.

Ks. Inf. Dariusz Raś

Potrzebujemy chleba

Potrzebujemy chleba. Tak, wszyscy potrzebujemy pokarmu każdego dnia, jest on niezbędny do życia. Wielu cierpi z powodu jego braku i tak wielu pragnie temu brakowi zapobiec- kuchnie i jadłodajnie przyklasztorne, przyparafialne, prowadzone przez różnego rodzaju wspólnoty czy stowarzyszenia. A z drugiej strony tyle zmarnowanej, wyrzuconej na śmieci żywności, brak szacunku dla tej okruchy chleba, którą podnosi się z ziemi dla uszanowania dla darów nieba.

Istnieje jednak poważniejszy problem dotyczący pokarmu i to nie tego, który może jedynie nakarmić nasze ciała, ale wcale nie musi stać się darem życia. Jezus mówi do tłumów idących za  Nim „Ja jestem chlebem życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: Kto go je, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało, wydane za życie świata”. Problem polega na tym, że tak wielu powątpiewa w jego moc, często traktuje przyjmowanie go jedynie jako pobożną praktykę. Jakże inaczej wyglądałby świat bez goryczy, uniesienia, gniewu, wrzaskliwości, znieważania – wraz z wszelką złością. Jak daleko moglibyśmy zajść razem w drodze wyznaczonej nam przez Boga, gdybyśmy nade wszystko pragnęli tego pokarmu z nieba i karmili nim swoje serca wierząc Jezusowi.

Biednych i głodnych zawsze będziemy mieli wśród nas i oby nigdy nie zabrakło chętnych, by im pomóc. Trzeba zatroszczyć się o to, by nie marnowano żywności, ale niech największą troską zarówno głodnych jak i dających im pokarm, stanie się troska o ten pokarm, który daje życie na wieki, tak jakby każdy z nas posilony tym pokarmem z nieba chciał jak Jezus wydawać swoje życie za zbawienie świata.

o. Jacek Dubel


Cotygodniowe rozważania Ewangelii w kontekście pomocy ubogim, stanowią duchowe przygotowanie do 2. Światowego Dnia Ubogich w Archidiecezji Krakowskiej. Autorami rozważań są osoby zaangażowane w pomoc osobom będącym w kryzysie bezdomności oraz w organizację obchodów 2. ŚDU.

Okruchy

Kiedy podczas pierwszego ŚDU rozmawiałem z głoszącym rekolekcje dla naszych ubogich i zarazem założycielem Wspólnoty Betlejem, księdzem Mirosławem, dowiedziałem się o tzw. teologii okruchów. Jezusowa synteza ewangelicznego spojrzenia na ubogich znajduje się na kartach Ewangelii. Potrzeba tylko spojrzeć na miejsca, w których mowa o okruchach.

Otóż Bóg sam bardzo kocha okruchy. Kocha tych, którzy leżą pod stołami jak Łazarz. Kocha ludzi upadłych, słabych, obcych, odrzuconych, sieroty, wykluczonych. Udowadnia to w sposób szczególny ewangeliczna scena rozmowy Zbawiciela z kobietą kananejską. Prosiła ona Jezusa o uzdrowienie córeczki. Sama nie należała do wybranych: ani nie była uczniem Chrystusa, ani nie pochodziła z Izraela. Ale jakże mocno zawierzyła.

A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: „Panie, dopomóż mi!” On jednak odparł: „Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom”. A ona odrzekła: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów” (Mt 15).

Jak dobrze wiemy scena zakończyła się wielkim cudem i uzdrowieniem córki Kananejki. To wiara kobiety, jej pozytywne myślenie i zaufanie Panu sprawiły przemianę życia, wyjście z kłopotu i rozwiązanie problemu.

Nawet najmniejsze resztki, okruchy, skrawki miłości Bożej, mogą nasycić potrzebujących. Ułamek miłości Pana jest mocniejszy niż największe potrzeby ludzkie. Jeśli więc interpretując tę całą perykopę ewangeliczną uświadamiamy sobie, żeśmy szczeniętami, psiakami to nie jesteśmy w błędzie. Bo okruchy miłości Boga leczą nasze całe życie i dają nam wielką nadzieję, że naszemu ubóstwu i słabości, naszym problemom zaradzi sam Pan. „Resztki” z Jego stołu są jak największe bogactwo. Amen.

Ks. Infułat Dariusz Raś


Tekst rozpoczyna cykl cotygodniowych rozważań Ewangelii w kontekście pomocy ubogim, które stanowią duchowe przygotowanie do 2. Światowego Dnia Ubogich w Archidiecezji Krakowskiej. Autorami rozważań są osoby zaangażowane w pomoc osobom będącym w kryzysie bezdomności oraz w organizację obchodów 2. ŚDU.