Ubogi niech do mnie przyjdzie | rekolekcje

Podczas Pierwszego Światowego Dnia Ubogich, w Bazylice Mariackiej odbędą się rekolekcje „Ubogi niech do mnie przyjdzie”. Spotkania będą okazją do lepszego zrozumienia tematu ubóstwa oraz nauką budowania relacji z osobami potrzebującymi.

Spotkania odbywające się w Bazylice Mariackiej poprowadzi ks. Mirosław Tosza – założyciel i duszpasterz Wspólnoty Betlejem z Jaworzna. Wraz z nim w rekolekcjach będą uczestniczyć członkowie wspólnoty, mieszkańcy betlejemskiego domu  osoby dotknięte problemem bezdomności, uzależnienia, rozbitego małżeństwa, utraty wolności i odrzucenia. Rekolekcje Ubogi niech do mnie przyjdzie to propozycja dla wszystkich mieszkańców Archidiecezji, osób noszących w sobie pragnienie lepszego poznania siebie, zrobienia czegoś dla drugiego człowieka, poznania tematu ubóstwa z perspektywy mieszkańców Betlejem.

Podstawą rekolekcji będzie rozpoznanie i zrozumienie tematu ubóstwa. Opierając się na Słowie Bożym oraz duchowości św. Teresy od Dzieciątka Jezus – patronki Wspólnoty Betlejem, prowadzący postarają się wyjaśnić różnice i podobieństwa w myśleniu o biedzie materialnej i duchowej czy relacjach opartych na wzajemnym kochaniu i byciu kochanym.

Drugim aspektem rekolekcji będzie kwestia braterstwa w relacjach z osobami potrzebującymi, którego na co dzień doświadczają osoby ze Wspólnoty Betlejem – Ubogi to każdy z nas. Trzeba najpierw odkryć własne ubóstwo, żeby móc pomagać i rozumieć innych. Tak jak mówił Jan Paweł II, trzeba mieć wyobraźnię miłosierdzia, która zakłada wymianę darów, a nie tylko branie i dawanie – zaznacza ks. Mirosław Tosza.

Rekolekcje będą odbywać się w Bazylice Mariackiej od czwartku do niedzieli (16-19 listopada). Rekolekcje rozpoczną się 16 listopada Mszą św. o godz. 18:30, pod przewodnictwem Metropolity Krakowskiego Arcybiskupa Marka Jędraszewskiego. W piątek i sobotę Msze św. rekolekcyjne odbędą się o godz. 11.00 i 18.30, w niedzielę o godz.: 8.00, 9.00, 10.00, 11.15, 12.00, 13.00.

Na zakończenie rekolekcji w niedzielę w „Namiocie Spotkań” o godzinie 14.00 odbędzie się wspólny posiłek oraz program artystyczny. Wydarzenie zakończy ekumeniczny koncert uwielbienia.

 

Kornelia Malczyk

Lekcja miłosierdzia | katecheza

W ramach Światowego Dnia Ubogich krakowskie szkoły ponadgimnazjalne przeprowadzą specjalnie w tym celu opracowaną katechezę o pomocy najbardziej potrzebującym.

W „misję wspierania ubogich” warto włączać osoby wkraczające w etap dorosłego życia. Czas szkoły średniej jest bowiem dobrą okazją do podjęcia wolontariatu w organizacjach charytatywnych i kształtowania swojego światopoglądu zgodnie z chrześcijańskimi wartościami i otwartością na najuboższych. – Chcemy, aby uczniowie wychodząc z tej specjalnej lekcji religii mieli świadomość, że to oni mogą pomóc osobom ubogim nie kiedyś w przyszłości, ale tu i teraz – mówi Ewa Korbut, współtwórca katechezy.

Katecheza w krakowskich szkołach ponadgimnazjalnych to wydarzenie towarzyszące głównym obchodom Światowego Dnia Ubogich. W tygodniu poprzedzającym święto – od 13 do 17 listopada – uczniowie z krakowskich liceów, techników i szkół zawodowych będą mieli okazję na lekcjach katechezy poznać historie osób ubogich i bezdomnych oraz dowiedzieć się jak mądrze ich pomagać. O wszystkim tym w wielu szkołach opowiedzą przedstawiciele Dzieła Pomocy św. Ojca Pio, którzy zaoferowali swoją gotowość do podzielenia się z młodzieżą swoim doświadczeniem pracy z osobami bezdomnymi.

„Zapraszam wszystkich ludzi dobrej woli do włączenia się w ten szczególny czas świadczenia miłosierdzia potrzebującym” napisał w swoim liście Metropolita Krakowski abp Marek Jędraszewski. Dlatego też najbardziej zainteresowane klasy będą mogły dodatkowo złożyć wizytę w Fundacji „Po pierwsze CZŁOWIEK” Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim, Przytulisku dla Bezdomnych Mężczyzn, które jest prowadzone przez Zgromadzenie Braci Albertynów lub w Dziele Pomocy św. Ojca Pio.

Konspekty i materiały zostały rozesłane do szkół, a także są dostępne na stronie internetowej Wydziału Katechetycznego:  http://www.katecheza.diecezja.krakow.pl

 

Oprac. Dzieło Pomocy św. Ojca Pio
Informacje szczegółowe można uzyskać pod adresem: justyna.nosek@dzielopomocy.pl

Zawsze potrzebny jest człowiek | świadectwo

Kiedy nadchodzi „ten dzień”, gdy człowiek staje na ulicy, która odtąd będzie jego domem, pracą i często jedyną perspektywą? Swoją historią dzieli się Marianna, kiedyś wykładowca uniwersytecki, dziś tworząca wspólnotę przytuliska dla bezdomnych kobiet.

Rodzina i mąż

Nigdy nie wyobrażałam sobie siebie jako osoby bezdomnej. Nie wiem, czy tak po prostu się to potoczyło, czy tak miało być. Tak się złożyło, że byłam przez pewien czas swojego życia wykładowcą. Wydawało mi się, że normalnie żyję, normalnie pracuję, mam normalną rodzinę… Może nie rodzinę – męża, bo nie mieliśmy dzieci. Wszystko wydawało się być w porządku. Zawsze miałam też wyobrażenie, że osoba bezdomna to taka, która śpi gdzieś pod mostem, na ławce, jest brudna, śmierdząca… Miałam wątpliwości, czy takim osobom pomagać, czy nie, bo wielokrotnie spotykałam się z nimi na ulicy, prawdę powiedziawszy nigdy nie wiedziałam, jak zareagować, co zrobić.

W momencie śmierci mojego męża nie wiedziałam kompletnie, co ze sobą zrobić. Byliśmy tylko we dwoje, nie mieliśmy dzieci, byliśmy trochę takim hermetycznym małżeństwem, bo oboje pracowaliśmy naukowo. Mąż był fizykiem, skupiał się głównie na swoich sprawach, a ja na swoich. Skupiałam się głównie na funkcjonowaniu naszego domu, a ponieważ mąż chorował – na opiece nad nim. Cały swój czas poza pracą, przeznaczałam dla niego i na nasz dom. Kiedy zmarł, świat się zawalił, zabrakło mi najważniejszej osoby. Z rodziną nie miałam bliskiego kontaktu, bo mieszkałam dosyć daleko. W zasadzie od śmierci rodziców moje więzi z rodzeństwem osłabły. Tym bardziej, że oni byli dużo ode mnie starsi, w zasadzie nigdy nie byliśmy szczególnie blisko. Traktowali mnie zawsze jak małą dziewczynkę, czasami nawet jak swoją córkę, a nie siostrę. Zawsze się buntowałam, kiedy chcieli kierować moim życiem. Pewnie dlatego też dosyć wcześnie oddaliłam się od rodzeństwa i rodziny, wyjeżdżając na studia, potem widywaliśmy się już tylko sporadycznie. Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, rodzina go nie zaakceptowała, ponieważ był ode mnie dużo starszy, był po rozwodzie, co w naszej katolickiej rodzinie nie było miłe widziane, więc oddaliłam się od krewnych jeszcze bardziej. Po jego śmierci zostałam sama. Życie straciło sens.

Ćwierć mieszkania, Warszawa i Kraków

Od trzydziestu lat leczę się na CHAD (choroba afektywna dwubiegunowa – przyp.). Gdy mąż zmarł, przestałam brać leki, a zaczęłam pić – od alkoholu uzależniłam się w bardzo krótkim czasie. Potem pojawiły się próby samobójcze… Sprzedałam dom, w którym mieszkaliśmy wspólnie, a zamieszkałam w mieszkaniu służbowym. Niestety pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży domu nie mogłam wykorzystać na kupno własnego mieszkania, bo z pierwszego małżeństwa męża zostały dzieci i musiałam podzielić zysk, żeby być w porządku wobec siebie. To, co mi zostało, nie starczało nawet na ćwierć mieszkania.

Coraz więcej piłam, więc coraz częściej bywałam w szpitalu. Mogłam albo stanąć na nogi i dalej pracować, albo iść na rentę w związku z CHAD. Oczywiście, przestałam pracować, ale przez to straciłam mieszkanie i musiałam wynająć własne. W pewnym momencie zauważyłam, że tak nie da się żyć, że muszę coś zmienić. Z Warszawy, w której wtedy mieszkałam, wyjechałam na chwilę do Krakowa. Myślałam, że na kilka dni, żeby odpocząć, pomyśleć. Tymczasem trafiłam do szpitala i tam dopiero przyznałam się, że oprócz choroby- piję. Leżałam na oddziale psychiatrycznym, ustalili mi leki. Stamtąd od razu poszłam na leczenie odwykowe. Trwało to ponad pół roku, wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mam już po co wracać do Warszawy i tamten okres uznałam za zamknięty. W Krakowie coś drgnęło w moim życiu, ale po wyjściu ze szpitala nie miałam dokąd wrócić… Jeszcze gdy leżałam w szpitalu, powiedziano mi o przytulisku sióstr Albertynek, w którym mogłabym zatrzymać się na krócej lub na dłużej, dopóki czegoś sobie nie znajdę. W ten sposób trafiłam do przytuliska.

Pierwsza myśl i kuchnia

Najpierw pomyślałam sobie „Do Albertynek? Nie, nigdy w życiu! Przecież obraziłam się na Pana Boga, nie będę tam mieszkać z siostrami i bezdomnymi kobietami. Bezdomne kobiety to nie ja, to nie ta bajka!” Ale nie miałam dokąd pójść, więc przyszłam na Malborską.

Siostry przyjęły mnie bardzo ciepło i to mi się podobało. Inaczej było z innymi paniami. Siedziały tam, paliły papierosy, gadały… Buntowałam się, nie chciałam się tam odnaleźć, ale widziałam, że w jakimś sensie to miejsce mi służy. Miałam uregulowany tryb życia, miałam co robić. Na początku zostałam przydzielona do pracy w kuchni. Żeby było śmiesznie, wcześniej gotowałam dla jednej osoby, a tu – dla sześćdziesięciu! Nie wiedziałam, jak się do tego zabrać, ale pomagała mi obecna tam siostra, inne kobiety i zawsze jakoś to szło. Siostra mówiła nawet, że moja osoba łagodzi nastrój w kuchni, aż w końcu przekonałam się do tej pracy. Dzięki temu zaczęłam poznawać inne bezdomne panie, zobaczyłam, jakie płytkie były moje wyobrażenia o bezdomności, o siostrach, do których na początku nie byłam zbyt pozytywnie nastawiona. One zawsze starały się rozmawiać ze wszystkimi, podchodzić do każdego indywidualnie, nie zmuszać do niczego, jeśli nie trzeba. Wtedy zaczęłam się lepiej czuć, normalnie funkcjonować, zaczęłam się uśmiechać. Przestałam myśleć o tym, że zostałam sama, bo tutaj zawsze ktoś jest, coś się dzieje, coś trzeba zrobić.

Dojrzałość i decyzje

Patrząc na siebie z przeszłości, wiem, że musiałam sama dojrzeć do decyzji o podjęciu walki z nałogiem. Wtedy najbardziej potrzebowałam akceptacji innych, której mi zabrakło. Musiałam przejść swoje, żeby być świadomą, że zrobiłam to sama, i że tak właśnie należało. Z drugiej strony, są u nas takie osoby, którym trzeba w konkretnym momencie powiedzieć, że nie ma już czasu i trzeba podjąć tę walkę. Zawsze potrzebny jest człowiek, który pokaże, że coś jest nie tak. Im więcej takich sygnałów z otoczenia, tym lepiej dla osoby, której życie potoczyło się inaczej niżby chciała. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym nie zamknęła się na innych po śmierci męża, gdybym nie została sama, nie doszłoby do tej sytuacji. Widzę to nie tylko na przykładzie mojej historii, ale też innych kobiet, które trafiają do przytuliska sióstr Albertynek. Są wśród nich osoby wykształcone, niewykształcone, samodzielne bardziej lub mniej. Jestem pełna podziwu dla sióstr, które starają się wszystkie z nas łączyć, to jest ogromna sztuka, żeby zebrać tyle osób w jedną całość.

Niemoc i iskierka

Nie namówię nikogo, kto od lat mieszka na ulicy czy pod mostem do tego, żeby przekonał się do domu sióstr Albertynek, czy innego tego typu miejsca. To nie jest w mojej mocy. Już wiem, że, ja sama nie zmienię tego człowieka. On musi „poczuć iskierkę”, musi sam w swoim życiu coś zmienić. Myślę, że dla osób zmagających się z bezdomnością ważny jest dobry przykład. Budujący jest uśmiech, traktowanie poważnie każdej osoby i jego spraw, na tyle na ile można, bo nigdy nie da się zrozumieć w pełni drugiego człowieka. To właśnie bardzo podoba mi się w siostrach Albertynkach, tego się od nich nauczyłam i jestem im za to bardzo wdzięczna, że niezależnie od tego, skąd ktoś przychodzi, jaki jest, czy im się podoba czy nie, traktują go tak samo.

Drugi człowiek i pomoc

Potrafię rozpoznać, kiedy jest mi źle z samą sobą. Wtedy wiem, że muszę pójść do kogoś innego i mu to powiedzieć. Czasami nawet nie oczekuję rady, wystarczy tylko, że komuś to powiem, jest mi lżej. Nawet jeśli ten ktoś nic nie odpowie, we mnie już zaczyna coś „pracować”, zaczynam inaczej patrzeć na to, co mnie męczy. Jeśli nie wiem, co mam zrobić – zmieniam myślenie. Zawsze potrzebny jest kontakt z drugim człowiekiem. Gdy zostajemy zupełnie sami – nie da się niczego sensownie rozwiązać.

To też jest sygnał dla ludzi wokół, żeby się nie zamykali. Teraz wydaje się to bardzo złudne. Ludzie myślą sobie – mam Internet, mam Facebooka.. Ale to jest dobre do pewnego momentu. Żywy człowiek jest potrzebny, byśmy zobaczyli czyjś uśmiech, oczy.  Daje to zupełnie inny komfort relacji międzyludzkich. Można być samotnikiem, ale nie samotnym. Lubię spędzać czas sama i zawsze mi się wydawało, że to mi wystarczy. Teraz widzę, że nie. Przede wszystkim każdemu bardzo potrzebny jest drugi człowiek.

 

 

oprac. Kornelia Malczyk

 

 

List Metropolity Krakowskiego na 1. Światowy Dzień Ubogich 2017 roku

 

List Metropolity Krakowskiego
na 1. Światowy Dzień Ubogich 2017 roku

 

Drodzy Bracia i Siostry!

Ojciec Święty Franciszek ustanowił XXXIII Niedzielę Zwykłą, która w tym roku przypada 19 listopada, Światowym Dniem Ubogich. Jak napisał w orędziu na ten dzień, „miłość nie pozwala sobie na wymówki: kto zamierza kochać tak, jak kochał Jezus, powinien postępować zgodnie z Jego przykładem, i to przede wszystkim wtedy, kiedy jest wezwany do okazania miłości ubogim. (…) Jeśli chcemy naprawdę spotkać Chrystusa, to konieczne jest, abyśmy dotknęli się Jego Ciała w ranach ubogich, w odpowiedzi na Komunię sakramentalną otrzymaną w Eucharystii” (Orędzie na I Światowy Dzień Ubogich Nie miłujmy słowem, ale czynem).

Sześćset lat temu św. Jan z Kęt, wykładowca Akademii Krakowskiej zapoczątkował zwyczaj wprowadzania do profesorskiego refektarza ubogiego spotkanego na Rynku w Krakowie. Na słowa pauper venit stołownicy powstawszy odpowiadali Christus venit. Śladami XV-wiecznych świętych miłosierdzia: Jadwigi Królowej, Jana z Kęt, Szymona z Lipnicy poszedł Sługa Boży Piotr Skarga zakładając w Krakowie w 1584 roku „Bractwo Miłosierdzia Bogarodzice”, najstarszą polską organizację wspierającą wszystkich ubogich znaną obecnie jako Arcybractwo Miłosierdzia. W XX wieku tajemnicę miłosierdzia Pana wpisała w swój „Dzienniczek” św. Siostra Faustyna. Pięćdziesiąt lat po śmierci innego świętego miłosierdzia, Brata Alberta, ks. kardynał Karol Wojtyła wypowiedział znamienne słowa: „Jeżeli by nie było miłosierdzia, nie byłoby chrześcijaństwa: to jest jedno i to samo. W służbie miłosierdzia nawet fundusze nie są najważniejsze, nawet domy, zakłady i szpitale nie są najważniejsze (…). Najważniejszy jest człowiek; trzeba świadczyć swoim człowieczeństwem, sobą” (Homilia z okazji 50-lecia śmierci Brata Alberta).

Ojciec Święty Franciszek pół wieku po tych słowach w orędziu na Światowy Dzień Ubogich przypomina, że „jesteśmy wezwani do wyciągnięcia ręki do biednych, do spotkania się z nimi, popatrzenia im w oczy, przytulenia, aby poczuli ciepło miłości, która przełamuje krąg samotności. Ich ręka wyciągnięta w naszą stronę jest również zaproszeniem do wyjścia z naszych pewności i wygód, i do rozpoznania wartości, którą ubóstwo ma samo w sobie” (Orędzie).

W odpowiedzi na wezwanie pasterza Kościoła do zorganizowania „prawdziwego spotkania z ubogimi, a także do dzielenia się, które powinno stać się stylem naszego życia” (Orędzie) przygotowujemy w dniach 14-19 listopada b.r. w Krakowie archidiecezjalne wydarzenie, którego symbolem i centrum stanie się Namiot Spotkania na Małym Rynku. To będzie wielka strefa współtworzenia – kilkudniowa przestrzeń wzajemnego poznawania się, porad specjalistów z różnych dziedzin, spotkań z duchownymi, spożywania posiłków, warsztatów, prezentacji filmów, metamorfoz wyglądu, występów artystów, a także nauki wtórnego wykorzystania produktów przeciwstawiającej się marnotrawstwu, o co prosi Ojciec Święty w swoim orędziu. Nieopodal w kościele Mariackim i kościele św. Barbary będą w tym czasie trwały rekolekcje oraz całodzienna adoracja Najświętszej Eucharystii. Do potrzebujących, wolontariuszy wszystkich organizacji, lecz również zainteresowanych pogłębieniem swojej tożsamości chrześcijańskiej w nurcie miłosierdzia kieruję prośbę o uczestnictwo w tym centralnym dla naszej wspólnoty diecezjalnej wydarzeniu Światowego Dnia Ubogich.

W tymże duchu zwracam się z gorącą prośbą o choćby skromną ofiarę do skarbon i puszek wolontariuszy w następną niedzielę,  która zostanie przeznaczona na pomoc z okazji Święta Ubogich oraz na dzieła pomocy w Waszej parafii, przy Waszym kościele, na rzecz osób, które może znacie, Waszych mniej zasobnych sąsiadów i znajomych. Niech Wasza ofiara będzie wyrazem jedności z niosącymi pomoc oraz z tymi, którzy jej często potrzebują. Niech ta jałmużna stanie się owocem łączności wszystkich wiernych krakowskiej archidiecezji.

Zachęcam się również do odnowienia szlachetnej tradycji naszych przodków wedle przysłowia „Gość w dom, Bóg w dom”. Niech Święto Ubogich będzie okazją do wzajemnego poznawania się z potrzebującymi i może zaproszenia na niedzielny obiad mniej zasobnego sąsiada, krewnego, kolegi z pracy czy samotnego.

Zapraszam wszystkich ludzi dobrej woli do włączenia się w ten szczególny czas świadczenia miłosierdzia potrzebującym, a ofiarodawcom, zespołom charytatywnym i wolontariuszom z różnych dobroczynnych organizacji zaangażowanych w przeprowadzenie tego wydarzenia z serca błogosławię.

 

Ks. Marek Jędraszewski
Arcybiskup Metropolita Krakowski

 

 

Kraków,  9 października 2017 r.

______________________________________
List należy odczytać w niedzielę 5 listopada 2017 roku, we wszystkich kościołach i kaplicach Archidiecezji Krakowskiej.

Briefing przed Światowym Dniem Ubogich w Archidiecezji Krakowskiej

 

Zapraszamy przedstawicieli mediów na briefing prasowy poświęcony organizacji 1. Światowego Dnia Ubogich w Archidiecezji Krakowskiej. Spotkanie odbędzie się w poniedziałek 6 listopada 2017 roku o godzinie 11:30 w piwnicach Kurii Metropolitalnej w Krakowie (ul. Franciszkańska 3).

Podczas spotkania przedstawione zostaną szczegóły archidiecezjalnych obchodów ustanowionego przez Papieża Franciszka Światowego Dnia Ubogich. Będzie możliwość porozmawiania z organizatorami i współtwórcami wydarzenia.

W najbliższą niedzielę 5 listopada we wszystkich kościołach Archidiecezji Krakowskiej będzie odczytany list Metropolity Krakowskiego Arcybiskupa Marka Jędraszewskiego z zaproszeniem do włączenia się w I Światowy Dzień Ubogich.

Serdecznie zapraszamy,
Zespół organizacyjny ŚDU Archidiecezji Krakowskiej
kontakt: sekretariat@diecezja.krakow.pl 

Modlitewne „Jerycho” podczas 1. ŚDU

W tygodniu obchodów Światowego Dnia Ubogich w Krakowie, w kościele św. Barbary odbędzie się modlitewne „Jerycho” – nieustanna modlitwa adoracyjna przed Najświętszym Sakramentem, która będzie stanowić duchowe zaplecze akcji.

Główną intencją „Jerycha” jest modlitwa za miasto Kraków, całą archidiecezję oraz Nową Ewangelizację miasta. Tegoroczna, szósta edycja „Jerycha” to przede wszystkim modlitwa za ubogich – Będziemy modlić się w intencjach naszej biedy, nie tylko tej materialnej. Także za ludzi, którzy podjęli trud organizacji tygodniowych obchodów Światowego Dnia Ubogich, abyśmy byli dla siebie braćmi, zauważali wzajemne potrzeby, pomagali sobie nawzajem, wspierali się na drodze, którą wszyscy zmierzamy – wyjaśnia Krystyna Sobczyk z Sekretariatu ds. Nowej Ewangelizacji w Archidiecezji Krakowskiej.

Modlitewne Jerycho rozpocznie się Mszą św. w kościele św. Barbary (przy Placu Mariackim) 12 listopada o godz. 20.00 a zakończy 18 listopada Mszą św. o godz. 20:00.

Organizatorzy zwracają się z prośbą do Wspólnot, Ruchów, Stowarzyszeń, Wspólnot Klasztornych, Parafii, Kleryków Seminariów Duchownych o włączenie się w modlitwę „Jerycha”. Zgłoszenie udziału w modlitwie oraz posługi modlitwą wstawienniczą w „Namiocie Spotkań” należy zgłaszać na adres: krysia.szalom@wp.pl lub pod numer telefonu: 509 548 769.

Więcej informacji TUTAJ.

„Jerycho” jest cykliczną akcją modlitewną organizowaną przez Sekretariat ds. Nowej Ewangelizacji Archidiecezji Krakowskiej. Nazwa wydarzenia nawiązuje do biblijnego zdobycia miasta Jerycha przez Izrael. Idea „Jerycha” zrodziła się podczas pierwszego wydarzenia ewangelizacyjnego na stadionie Cracovii, zorganizowanego przez Sekretariat ds. Nowej Ewangelizacji w Archidiecezji Krakowskiej. Pierwsze „Jerycho” miało miejsce w kościele św. Katarzyny u Ojców Augustianów na Kazimierzu, później odbywało się przed większymi wydarzeniami ewangelizacyjnymi w Krakowie, takimi jak „Jestem w Hucie” czy z okazji jubileuszu 50-lecia działalności Odnowy w Duchu Świętym.

Praktyczna pomoc ubogim | przewodnik

Przewodnik Gdzie zjeść, spać, umyć się to praktyczna książeczka zawierająca spis miejsc, w których na co dzień udzielana jest pomoc ubogim. Przewodnik dedykowany jest zarówno osobom potrzebującym pomocy, jak i tym, którzy pragną im pomóc.

W Krakowie z powodzeniem działają liczne instytucje, organizacje i zgromadzenia wyznaniowe, które od wielu lat świadczą pomoc ubogim i towarzyszą im w codziennych troskach. Jakkolwiek miejsca te znane są kierownikom, pracownikom i wolontariuszom placówek, którzy posiadają rozległą wiedzę i doskonale poruszają się w systemie pomocy, to osoby ubogie często nieporadnie szukają pomocy na własną rękę lub u osób, którym brakuje odpowiedniego doświadczenia.

Przewodnik Gdzie zjeść, spać, umyć się powstał przede wszystkim z myślą o ubogich. Dzięki niemu osoby potrzebujące, szczególnie nieznające dobrze miasta, mogą odnaleźć punkty, w których uzyskają fachową i rzetelną pomoc. Przewodnik to także świetna propozycja dla tych, którzy chcą się zaangażować, a nie wiedzą, jak pomóc i gdzie skierować osobę potrzebującą. Dane tu zawarte ułatwią udzielenie informacji oraz skierowanie osoby ubogiej do odpowiednich instytucji pomocowych.

W przewodniku znajdują się informacje dotyczące m.in. warunków przyjęcia do poszczególnych placówek, dokładny opis formy pomocy, godziny otwarcia czy wskazówki dotyczące dojazdu. Można również zapoznać się z procedurą wyrobienia dowodu osobistego czy ubiegania się o zasiłek.

Przewodnik to jednak nie tylko suchy informator. To doskonałe narzędzie do budowania relacji z ubogimi – Często przechodnie zaczepiani na ulicy nie udzielają potrzebującym pomocy nie dlatego, że tego nie chcą, ale ponieważ nie wiedzą co powiedzieć, o co zapytać, gdzie skierować taką osobę – wyjaśnia Gabriela Waśko ze wspólnoty Sant’Egidio – Informacje zawarte w przewodniku są więc przydatne także dla osób, którym nie jest obojętny los naszych ubogich przyjaciół – dodaje.

Dodatkowo, dostępna będzie także skrócona wersja przewodnika w formie składanej mapki formatu A3 z informacjami o punktach pierwszej, doraźnej pomocy. Dzięki wygodnej mapce będzie można szybko wytłumaczyć drogę, napisać dodatkowe instrukcje lub ewentualnie zostawić swoje dane kontaktowe osobie, która poprosiła o pomoc.

Przewodnik oraz mapę przygotowaną przez wspólnotę Sant’Egidio będzie można odebrać podczas Światowego Dnia Ubogich w Namiocie Spotkania na Małym Rynku w Krakowie w dniach 14−19 listopada.

Trzeba zrobić wszystko! | wywiad

 

Jak rozpoznać ubogiego w sobie i w drugim człowieku? Jak efektywnie pomagać ubogim? Wyjaśnia s. Teresa Pawlak, Albertynka, posiadająca doświadczenie pracy z ubogimi.

Zofia Świerczyńska: Kim jest ubogi?

s. Teresa Pawlak: I tu zaczynają się schody, ponieważ ubóstwo bardzo trudno jest definiować. Często jak słyszymy słowo „ubogi” to kojarzy się nam albo ewangelicznie – z ubogim sercem, lub z biedakiem. Tymczasem ubóstwo niekoniecznie musi być związane z jakąś biedą materialną, choć bardzo często jest ono powiązane. Ubóstwo to przestrzeń, gdzie człowiek doświadcza jakiegoś ograniczenia.

Czym są spowodowane te ograniczenia?

Przez bardzo różne czynniki. To może być bieda, nędza, niepełnosprawność, choroba, ale również wszelkiego rodzaju wykluczenia. Ubogim będzie także ktoś, kto jest pozbawiony „swojego miejsca”, przez co nie może się spełniać tak, jakby tego chciał. Także ktoś, kto jest pozbawiony wolności, np. więźniowie. To są również osoby prześladowane, niegodnie traktowane z powodu rasy, koloru skóry, przekonań religijnych. Oczywiście ubóstwo ma różne profile, ale sprowadza się do jednego – do pokazania, że to jest pewna bariera – rzeczywistość, której już nie przeskoczymy. Ubóstwo może być również bardzo moralne. Ktoś może być bogaty, mający duże środki finansowe, a jednocześnie być bardzo biedny i ubogi, ponieważ jest ograniczony w innych rzeczywistościach.

Zdarza się, że ktoś nie zdaje sobie sprawy ze swojego ubóstwa?

Myślę, że tak. Jeśli nie potrafimy stanąć w prawdzie, że mamy jakieś ograniczenia, że czegoś nie jesteśmy w stanie zrobić, że jest ktoś więcej niż tylko my, to jest to pewnego rodzaju ubóstwo. A czasem ludzie nie godzą się z taką sytuacją, że mają jakieś granice, że czegoś już nie potrafią, że potrzebują też innych ludzi, żeby się w pełni rozwijać. Myślę, że najtrudniej pogodzić się z takim ubóstwem moralnym i ubóstwem mentalnym. Bogactwo będzie wtedy, gdy będziemy mieć szeroki światopogląd, kiedy będziemy widzieć szerzej, niż tylko nasze podwórko. A można się tak zacietrzewić w swoim patrzeniu na swoją rzeczywistość i być w tym bardzo biednym.

Jak pomagać takim osobom? O co właściwe chodzi w pomocy ubogim?

Dla mnie bardzo istotne jest spotkanie się człowieka z człowiekiem. W pomaganiu trzeba najpierw odkryć potrzebę danego człowieka, a nie jego oczekiwania. Nawet nie to, co nam się wydaje, że druga osoba potrzebuje, ale jego prawdziwą, głęboką potrzebę – jego głód. Brat Albert mówił o tym, że trzeba dać się połamać jak chleb, żeby ktoś mógł się nakarmić. Ale w tym fizycznym dawaniu chleba i szeroko rozumianym spełnianiu potrzeb i nakarmieniu jakiegoś głodu, chodzi najpierw o to, żeby się spotkać z człowiekiem. I to się dzieje tylko w przestrzeni miłości.

Jak uniknąć sytuacji, by osoba której pomagamy nie poczuła się gorsza, upokorzona?

Jeżeli będziemy nawet dobre gesty wykonywać z nastawieniem, że jestem kimś lepszym i chcę pomóc komuś gorszemu, to już na początku sytuacja jest spalona. Trudno jest pomagać w taki sposób, żeby ktoś nie poczuł się gorzej przy nas. Ale jeżeli nie pomagam masie bezdomnych, tylko pomagam konkretnemu panu Jankowi i robi to konkretna osoba, ja – siostra Teresa, to wtedy ta pomoc bywa przyjęta, bo tworzy się jakaś relacja.

Relacja jest więc lekarstwem na ubóstwo.

Myślę, że w ubóstwie, w biedzie, w bezdomności – bo jakoś z bezdomnością jest mi najbliżej – największym problemem nie jest fizyczny brak jedzenia, miejsca, ubrania, bo to można zapewnić. Problemem jest głód drugiego człowieka, głód relacji. Relacji i miłości. Więc żeby mądrze pomagać, trzeba się najpierw z tym człowiekiem spotkać w prawdzie. A to jest bardzo trudne, bo to wymaga stanięcia w prawdzie z samym sobą: kim jestem i dlaczego chcę akurat temu człowiekowi jakąś pomoc ofiarować, czy w jakiś sposób się nim zająć.

Jak wypracować w sobie tę prawdziwą, odpowiednią postawę pomocy drugiej osobie?

To nie działa magicznie, że raz, dwa, trzy – teraz będę już kimś innym. Ważne jest, żeby się czasem zaangażować w jakieś działania i sprawdzać swoje motywacje. W pomaganiu bardzo szybko rodzi się postawa, że ja jestem dawcą, a ktoś jest biorcą. Ale po pewnym czasie to się bardzo weryfikuje i okazuje się, że w sytuacji kiedy robię coś dla kogoś bezinteresownie – to ja zyskuję. I to nie są materialne rzeczy. Czasem jest to bolesne odkrywanie swojej motywacji, prawdy o sobie. My zawsze poznajemy samych siebie w relacji z drugim człowiekiem.

Czyli warto zaangażować się „w ciemno”, sprawdzić samego siebie, by później pomoc była bardziej efektywna?

Najpierw musi być jakieś ryzyko. I nie chodzi o akcyjność, że raz na tydzień coś gdzieś tam zrobię. To jest ważne i potrzebne, ale bardziej chodzi o to, żeby wypracować w sobie przestrzeń spotkania się z człowiekiem i nie oceniania go. Jak patrzę na siebie i swoje doświadczenie, to wiem, że to się może dziać tylko w takim klimacie wiary, postrzegania drugiego człowieka jako mojego brata, siostry, na równi ze mną, że możemy siebie nawzajem ubogacać. Pomoc wiąże się też z tym, że spotykamy się z rzeczywistością, która nie jest nam bliska. Czasami jest wręcz zupełnie nieznana. Więc warto się zapoznać merytorycznie: kim, jak, komu i gdzie chcę pomagać, żeby nie skrzywdzić pomagając. Nie skrzywdzić ani siebie, ani tych którym chcę pomagać.

A co z formą pomocy jaką jest modlitwa?

To jest pomoc, która jest zawsze dostępna i myślę, że jest najważniejsza. Bo ona tworzy w nas wrażliwość. Dla mnie modlitwa poszerza horyzont. Tak bym to nazwała. Jak wszystkie trudne sytuacje oswoimy na modlitwie w relacji z Panem Bogiem, to On dokonuje cudów. I poprowadzi nas do konkretnego człowieka. Może w najmniej oczekiwanej sytuacji.

Wiele osób nie chce przyjąć pomocy.

Najgorsza jest bezradność. Nie można komuś pomóc na siłę. I w takiej posłudze dla osób szeroko potrzebujących, trzeba się zgodzić z tym, że pomoc może być odrzucona. I bardzo często sprawia to trudność w wolontariatach, ponieważ z góry nastawiamy się na to, że ktoś nas przyjmie z otwartymi ramionami. Oczywiście, tak też się dzieje, to nie jest tak, że zawsze ta pomoc jest odrzucona. Ale w pewnym momencie przychodzi mur. Każdy człowiek ma swoją wolność.

Jak się pogodzić z sytuacją odrzucenia pomocy?

Trudno pogodzić się z tym, że ktoś marnuje swoje życie. Tym bardziej jeśli powstaje jakaś więź, relacja, ale niestety trzeba się z tym godzić i tego się nie da oswoić. Ja mam takie doświadczenie z przytuliska dla bezdomnych kobiet, kiedy opatrywałyśmy kobietę, która przyszła z poranionymi nogami. To były nogi, z których wychodziły robaki. Dzięki nim ona na pewno przeżyła, więc trzeba było ją umyć, opatrywać nogi. Zeszło nam ponad dwie godziny, żeby doprowadzić ją do jakiegoś porządku. W czasie kiedy Siostra Przełożona pojechała po jakieś środki opatrunkowe, ja przygotowałam jej jedzenie. Kobieta zjadła i powiedziała, że wychodzi. Ledwo trzymała się na nogach i nie było sposobu, żeby jej powiedzieć, że nie może wyjść. W głowie rodziło mi się wszystko, myślałam „Ej no, tak się nie robi, poświęciłyśmy Tobie dwie godziny czasu, a Ty chcesz tylko miskę zupy?”. A z drugiej strony miałam świadomość, że ona pójdzie na Planty i zaraz wróci w jeszcze gorszym stanie. Do dziś pamiętam – a było to już kilka lat temu – swoją bezradność. Nawet modlitwę do Pana Boga: „Możesz coś zrobić! Zrób coś z tym.” Ale ta kobieta wyszła.

Wróciła?

Nie. Spotkałam ją miesiąc później na Plantach, gdzie leżała obsikana, brudna. Poznałam ją z daleka, ale nie dało się pomóc na siłę. Dla niej było ważniejsze to, żeby być niezależną na Plantach i popijać tanie wino. I dla mnie to jest taka tajemnica człowieka, że jest w stanie siebie doprowadzić do takiego stanu, kiedy sam siebie już nie uszanuje. I my musimy się na to zgodzić. Można i trzeba zrobić wszystko, żeby z tym człowiekiem być, żeby mu pokazywać, że to nie są idealne jego warunki życia, ale nie można zatrzymać go na siłę. I to nie tylko fizycznie na siłę, ale też w żaden inny sposób. Chociaż to będzie boleć, bo każde rozstanie i każda nieprzyjęta dobroć kosztuje i nas boli.

Wiele osób doświadczyło sytuacji, kiedy ktoś na ulicy prosił o pieniądze na jedzenie. Dać czy nie dać?

Ja nie daję pieniędzy, ale wiem gdzie odesłać taką osobę, gdzie może zjeść coś ciepłego. Można powiedzieć „nie” w taki sposób, że to nikogo nie upokorzy. Nie chodzi o to by powiedzieć: „nie, bo jesteś głupi, nie dam ci pieniędzy, bo chcesz mnie tutaj wykorzystać”, ale chodzi o to by powiedzieć „nie” i spotkać się tym człowiekiem. Powiedzieć: „nie, bo mi na tobie zależy i wiem gdzie możesz iść”. Myślę, że taką pierwszą ważną rzeczą jest zainteresować się gdzie są takie miejsca, gdzie udzielana jest pomoc ubogim. Bo takich kuchni jest naprawdę wiele i działają one nawet w niedzielę. Po prostu odesłać z konkretnym adresem, o konkretnej godzinie. Reakcja może być różna, bo można się spotkać z agresją, ale trzeba się na to też przygotować. Pomagać zawsze trzeba mądrze.

 

S. Teresa Pawlak, od 18 lat albertynka. Obecnie zaangażowana w referat powołaniowy Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim, organizując spotkania dla ludzi młodych szukających swojej drogi, pragnących poznać albertyński styl życia i posługi. Towarzyszy w rozeznawaniu powołania. Przez kilka lat posługiwała w Przytulisku dla bezdomnych kobiet a w „wolnych” chwilach spotyka się z osadzonymi w krakowskim Areszcie Śledczym lub z uzależnionymi i ich rodzinami. Kocha ludzi, spotkania i dobrą muzykę, góry oraz piesze pielgrzymki. Każdy spotkany człowiek jest Darem Boga, niekiedy jest to trudny dar ale prezenty chce przyjmować z wdzięcznością. Jak Patronka, Św. Matka Teresa z Kalkuty, chciałaby być ołówkiem w ręku Boga i zostawić dobry ślad, dobry jak chleb.