Potrzebujemy siebie nawzajem

„A wy za kogo Mnie uważacie?”
Mk 8, 27-35

Jezus jest dla mnie wszystkim. Kiedy Go poznałam jako 18-latka, Ewangelia stała się dla mnie drogowskazem, a Jezus drogą. Jezus mnie uwiódł, a ja „dałam się uwieść”. Od tej pory weryfikowałam swoje życie ze słowami Jezusa i zaczęłam WIDZIEĆ. Ale to nie wystarczało. „Wiara bez uczynków”…

Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? (…) Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie.
Jk 2, 14-18

Pierwsze kroki skierowałam do dzieci z podwórek, którymi nikt się nie opiekował i zajmowałam się nimi przez 10 lat. Potem, już w Krakowie spotkałam siostrę zakonną, która prowadziła jadłodajnię dla bezdomnych i poszłam tam służyć razem z nią. Znalazłam ludzi smutnych, złamanych życiowym doświadczeniem, samotnych, odrzuconych, pogardzanych, z pustymi oczami.

„Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, ten je zachowa”.
Mk 8, 27-35

Może zabrzmi to jak banał, ale ci ludzie stali się dla mnie ważni. Kiedy nalewam zupę do talerza, to wiem, że jestem im potrzebna. Kiedy szukam ciepłej kurtki, cieszę się, że nie zmarznie człowiek bez domu. Kiedy sprzątam, robię to, żeby czuli się szanowani. Bez naszych bezdomnych i biednych byłabym innym człowiekiem. Oni nauczyli mnie pokory, ciszy, znaczenia gestu, oszczędności słów, potęgi uśmiechu.

Cieszę się, kiedy pamiętają moje imię i mówią: „Jak pani dzisiaj ma dyżur, to będzie kapuśniak!” I czasami rzeczywiście jest. Często spotykam ich poza jadłodajnią. Jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi. Cieszę się, że Pan mnie do nich posłał. Potrzebujemy siebie nawzajem. A pośrodku nas jest Chrystus i Matka Najświętsza. No i oczywiście św. Brat Albert z chlebem i sercem dla każdego. Tylko dziękować!

Anna, 58 lat

Ciągle wierzę

Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: „Słuchajcie mnie wszyscy i zrozumcie. Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Wszystko to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym”.
Mk 7, 1-23

Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam o konieczności pielęgnowania własnego wnętrza – by wychodziło z niego to, co czyste i dobre. Jak wypracować w sobie „dobre wnętrze”? Przykładów pracy nad własnym wnętrzem możemy szukać u ludzi, którzy żyją obok nas – których serce jest skierowane na pomoc i dobro drugiego człowieka. Jedną z takich osób jest pani Marta Sawicka – Miłosierna Samarytanka Roku 2013, która dzieli się swoim świadectwem:

Przed stanem wojennym, w 1980 roku, moja nieżyjąca już siostra Teresa, pewnego dnia zauważyła na ul. Wrocławskiej starszą panią ze złamaną ręką niosącą nieporadnie menażkę. Jak się okazało, kobieta szła do pobliskiej stołówki po obiad. Siostra zaoferowała pomoc w przynoszeniu posiłków, jednak szybko okazało się, że ze względu na godziny swojej pracy, nie jest w stanie zdążyć przed zamknięciem bufetu. Postanowiła gotować dla tej pani i przynosić obiady. Kiedy przyszła do niej któregoś dnia spostrzegła, że obdarowana dzieli się posiłkiem z innymi potrzebującymi. Zaczęła gotować również dla nich. Któregoś dnia spotkała niewidomą panią jeżdżącą na posiłki aż do Albertynów i zaproponowała jej obiady znacznie bliżej. Wkrótce grono głodnych powiększyło się do kilkudziesięciu osób, a bywały dni, że jadło 170-ciu. I tak minęło 37 lat. W 2010 umarła, wcześniej zdążyła zachorować na cukrzycę, niewydolność nerek, owrzodzenia i Bóg wie co jeszcze.

Teresa od dziecka kochała ludzi starych. Jej marzeniem była medycyna, a konkretnie chirurgia. Nie dane jej było skończyć studiów. Została nauczycielem języka rosyjskiego. Pomagała już na studiach, była człowiekiem ośmiu błogosławieństw, kochała zwierzęta. Zgadała się z siostrą służebniczką i razem chodziły po domach obłożnie chorych i ubogich, opatrywały rany. Widziałam nieraz jak była ledwo żywa ze zmęczenia.

Podobnie jak ja nie wyszła za mąż. Odrzucała adoratorów i kolejne oświadczyny. Żaden z nich nie podzielał jej poświęcenia dla ubogich. Widziała w tym pole do przyszłych konfliktów. Przestała gotować w 1997 roku, kiedy zaczęły się poważne choroby. Zastąpiłam ją razem ze znajomymi paniami. Nigdy nie chciała zrezygnować, pomimo szykanowania nas za ściąganie ubogich do budynku. Ja miałam wątpliwości przez te wszystkie lata. Przeszłam raka w 2001 roku, chemię, naświetlania. Nie dałam rady już gotować. Poprosiłam dobrych ludzi.

Po śmierci Teresy chciałam dać sobie spokój. Poprosiłam znajome z ruchu odnowy o rozeznanie. Powiedziały, że ze Słowa Bożego wynika, żeby nie brać ciężarów ponad siły i żebym przerwała. Ale skoro przez 30 lat Bóg nas prowadził, to jakbym teraz skończyła oznaczałoby to, że zdradzam Pana Jezusa. To Jego kuchnia, Jego dzieło. Postanowiłam kontynuować. Zdarza się, że dokładam się komuś do czynszu, płacę rachunki. Niedawno pochowałam samotną starszą panią, która mieszkała u mnie w ostatnim okresie życia.
Ja sama nie potrzebuję nic. Nie wyobrażam sobie innego życia. Przychodzą do mnie po obiady alkoholicy, psychicznie chorzy. Opowiadają mi o swoich problemach. Czasem nie daję rady słuchać. Ale ciągle wierzę.

Mieć „dobre wnętrze” to umieć zauważyć potrzeby drugiego człowieka, odpowiadać na nie i trwać z Bogiem na modlitwie, być otwartym na Jego działanie. Być dobrym, znaczy wierzyć. Ciągle.

 


Kuchnię dla ubogich prowadzoną przez panią Martę Sawicką, można wesprzeć finansowo poprzez organizowane co kwartał kwesty przy kościele oo. Dominikanów w Krakowie oraz składając ofiarę do puszki znajdującej się we wnętrzu kościoła.

Dzięki nim ponownie uwierzyłam w siebie

Pochodzę z rodziny patologicznej. Moja matka była uzależniona od alkoholu. Urodziła nas trzynaścioro, a ojciec zostawił mnie i moją rodzinę, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Ja i moi dwaj bracia trafiliśmy do domu dziecka, a potem do rodziny zastępczej. W wieku 18 lat wyprowadziłam się od nich i zaczęłam eksperymentować z używkami. Poznałam mężczyznę, z którym zaszłam w ciążę. Urodziłam córkę.

W Domu Samotnej Matki przebywam od ponad roku. Po raz trzeci. Za pierwszym razem nie byłam w stanie współpracować i podporządkować się regulaminowi. Po długim czasie wreszcie podjęłam współpracę, rozmawiam z innymi o swoich problemach, uczęszczam na warsztaty organizowane na terenie domu. W wielu kwestiach mogę polegać na pracownikach i współmieszkankach domu. Dzięki nim ponownie uwierzyłam w siebie oraz swoje możliwości. Pomogli mi rozwiązać codzienne problemy. Wróciłam do szkoły, podjęłam pracę zarobkową, a moja córka zaczęła uczęszczać do przedszkola.

Planuję opuścić placówkę. Mieszkając w domu nauczyłam się, że nawet najtrudniejsze przeciwności losu można pokonać. Chcę, aby moja córka miała zdrową i normalną rodzinę, aby nigdy nie musiała usłyszeć, że wychowuje się w „patologicznej rodzinie”.

Wszystkim, którzy pomogli mi się zmienić i wspierali mnie, gdy zmagałam się z wieloma problemami – dziękuję.

Bożena, 28 lat

 

Daj się poderwać!

Mój podopieczny po raz kolejny zaproponował spotkanie z zaprzyjaźnioną parą w podeszłym wieku, która chciała po prostu poznać siostrę zakonną, opiekującą się ich znajomym. Pomyślałam: tyle mam spraw do załatwienia dla moich podopiecznych, a przecież oni pomocy nie oczekują, szkoda czasu. Skoro jednak panu Januszowi tak bardzo na tym zależy, to jakoś wyskrobię kilka chwil w moim zabieganym dniu.

Nić porozumienia nawiązała się już przy pierwszym spotkaniu. Historia ich życia nadawałaby się na świetny film fabularny. Słuchałam oczarowana. Rzeczywiście, pomocy materialnej nie potrzebowali. Mieli jednak marzenia. Czy to nie cudowne mieć marzenia, gdy się skończyło 80 lat?

To było ich drugie małżeństwo. Oboje stracili już swoich pierwszych małżonków. Pan Stanisław, były powstaniec, o szarmanckich manierach, zakochany w obecnej żonie jak nastolatek, ciągle próbował sprowokować ją do zazdrości. Oczywiście żona doskonale wyczuwała ten klimat i mitygowała go słowami: „Stasiu, nie podrywaj siostry”.

Będąc w szpitalu nie stracił pogody ducha pomimo poważnej choroby. Przedwojenna kultura bycia połączona z niebywałym humorem zadziwiała personel. Przekonywał lekarzy, że muszą go szybko wypisać, bo jego żona i siostra zakonna „chodzą razem na chłopaki” i on musi kobiet pilnować.
To właśnie wtedy poznałam największą pasję tego małżeństwa – wyprawy do lasu. Niestety, obecnie pozostawały tylko w sferze marzeń, ze względu na stan zdrowia. Po powrocie do domu trzeba było podjąć decyzję dotyczącą dalszego leczenia. Nareszcie przydało się moje długoletnie doświadczenie pracy w Hospicjum.

Przyszła jesień, zapachniało grzybami i marzeniami. Razem z panią Anią wybrałyśmy las na równym terenie i blisko drogi. Z duszą na ramieniu zostawiłam samochód i ruszyliśmy. Ważniejsza od strachu okazała się radość pana Stasia. Znał każde drzewo, każdy kwiatek i wszystkie naturalne leśne skarby. W drodze powrotnej postanowił zabrać „dziewczyny” na lody i żadną przeszkodą nie było to, że ze zmęczenia nie był w stanie wysiąść z samochodu. Roziskrzone radością oczy mówiły same za siebie.

Zanim odszedł na drugą stronę życia byliśmy jeszcze na jednej leśnej wyprawie. Rozmawialiśmy o tym co ważne i najważniejsze w życiu, a ja znów miałam duszę na ramieniu czy starczy mu sił żeby wrócił do samochodu.

Miało być o pomaganiu potrzebującym, a przecież oni radzili sobie sami i nie potrzebowali mojej pomocy. A jednak to właśnie u nich poczułam się bardzo potrzebna, pomimo, że nic materialnego nie wniosłam w ich życie.

Czasem ludzie myślą, że trzeba dużo mieć pieniędzy żeby innym pomagać, a wystarczy tylko serce, które umie widzieć.

Zakonnica, która „dała się poderwać”

Boję się, ale wchodzę w to!

Z dzieciństwa zapamiętałam długie godziny spędzone w lesie na zbieraniu jagód (sprzedając jagody zarabiałam na zakup ubrania). I to, jak dowiedziałam się, że dom w którym mieszkałam z rodzicami nie jest nasz i mamy się wyprowadzić. To był dla mnie szok. Od tamtej pory mieszkaliśmy w przeróżnych warunkach, ale nigdzie nie czułam się bezpiecznie.

Kiedy przyszedł czas wyboru liceum, bez problemu dostałam się na profil plastyczny, ponieważ od zawsze lubiłam malować. Czas spędzony w szkole średniej to były moje szczęśliwe lata. Potem zaczęły się schody, nie dostałam się na malarstwo i rok spędziłam w domu. To było ciężkich 12 miesięcy – miałam złe relacje z tatą, nauczyłam się „przepraszać, że żyję” i nie mieć potrzeb, najlepiej żadnych. Po roku dostałam się na studia. Skończyłam malarstwo w Krakowie. Jednak jeszcze w trakcie nauki zaczęłam się panicznie bać życia i tego, że sobie nie poradzę. I rzeczywiście, wraz z otrzymaniem dyplomu mój czarny scenariusz spełnił się, zostałam oszukana przez właścicielkę galerii, w której pracowałam. Bez pieniędzy i pomysłu na życie przemieszkałam dwa lata u znajomych, a rzeczy trzymałam w depozycie. Do rodziców wracałam tylko na święta, ale nie przyznawałam się do tego, jak wygląda moja sytuacja. Robiłam wszystko, by się utrzymać. W końcu razem z kolegą zaczęłam wynajmować pracownie – on w niej malował, a ja mieszkałam. Wszystko dobrze, tylko w pracowni nie było łazienki i w ogóle wody. Mój dzień to było nieustanne kombinowanie gdzie i jak się umyć. Zapadłam na zdrowiu psychicznym, krępowałam się zadzwonić do pracodawcy, bo wstydziłam się siebie.

Któregoś dnia zobaczyłam przyklejoną do drzwi kartkę z adresem stowarzyszenia, które pomagało osobom ubogim i bezdomnym oferując darmową łaźnię i pralnię. Choć nie wyglądam, to jedną nogą już jestem na ulicy – pomyślałam i poszłam tam. Był to 2014 rok, chyba marzec. Ta kartka na drzwiach uratowała mi życie. Z działu pomocy doraźnej trafiłam do działu socjalnego, potem zaproponowano mi pomoc psychologiczną. Pani Asia, psychoterapeutka, zaproponowała mi terapię grupową, „Boję się, ale wchodzę w to!” – powiedziałam. Tak rozpoczęła się powolna przemiana mojego życia. Po jakimś czasie otwarły się dla mnie kolejne drzwi – trafiłam do Centrum Integracji Społecznej. Dzięki temu niedługo potem podjęłam pracę. Dziś od nowa uczę się żyć, jestem innym człowiekiem.

Kinga, 30 lat

Niektórzy?

W mie­sią­cu piel­grzy­mek i ogło­szo­ne­go ape­lu bisku­pów pol­skich o trzeź­wość na nie­pod­le­głość, trze­ba powie­dzieć coś praw­dzi­we­go o nas samych, o Pola­kach: pije­my coraz wię­cej alko­ho­lu. Pije­my, aby zara­dzić np. samot­no­ści, kło­po­tom, stre­so­wi, bra­ko­wi dobrych zwy­cza­jów i pomy­słów na wypo­czy­nek. Na tle Euro­py wzrost spo­ży­cia alko­ho­lu pla­su­je Pol­skę w czo­łów­ce. Armia uza­leż­nio­nych liczy u nas 800 tysię­cy osób. Nato­miast nad­mier­nie i szko­dli­wie pije alko­hol w Pol­sce ponad 3 mln osób (Por. Par​pa​.pl). Czy może­my wobec pro­ble­mu trzeź­wo­ści uży­wać ambi­wa­lent­ne­go sfor­mu­ło­wa­nia: to prze­cież tyl­ko nie­któ­rzy? Uza­leż­nie­nie od sub­stan­cji che­micz­nych, nie tyl­ko alko­ho­lu, jest poważ­nym pro­ble­mem wie­lu z nas. Doty­czy bar­dzo wie­lu rodzin i wszyst­kich grup spo­łecz­nych, zawo­dów, sta­nów.

Nie­któ­rzy ludzie znaj­du­ją się w sytu­acji podob­nej do Elia­sza. Są jak on na pusty­ni. Samot­ni ze swo­im dra­ma­tem. Wie­rzą­cy mogą jed­nak zawo­łać do Góry jak świę­ty pro­rok: „Dosyć Panie! Odbierz moje życie, bo nie jestem lep­szy od moich przod­ków”(1 Krl 19, 4). Bo życie się posy­pa­ło, nie ma świa­teł­ka w tune­lu. Bo obrót spraw przy­brał taką postać, że nic się już nie chce. Bo wypa­lił się życio­rys.

Lecz dziś, w tym daro­wa­nym Sło­wie na nie­dzie­lę, widzi­my rów­nież nadzie­ję. Elia­sza Bóg nie opu­ścił, ale zara­dził pro­ble­mo­wi samot­no­ści pro­ro­ka, jego wyczer­pa­nia i odrzu­ce­nia. Zapro­si­li­śmy dla­te­go jed­ne­go z nas, któ­ry da świa­dec­two o sobie. Nie będzie mówił o nie­któ­rych, lecz o sobie samym. Dowie­my się jak Bóg zebrał jego życie w całość, upo­rząd­ko­wał. Jakie było jego woła­nie do Boga? Jaka odpo­wiedź? Okaż­my mu życz­li­wość i posłu­chaj­my. Zapra­szam.

Mam na imię Darek i mam 47 lat. Jestem alko­ho­li­kiem, od 5 lat nie piją­cym dzię­ki łasce Pana Boga. Pocho­dzę stąd, z Ryn­ku Głów­ne­go. Miesz­ka­łem pod 13-nast­ką. Do 40-go roku moje życie toczy­ło się w grze­chu i pijań­stwie. Zaczą­łem pić jako nasto­let­ni chło­pak. Nie wiem, w któ­rym momen­cie stra­ci­łem kon­tro­lę i nie­win­ne impre­zy, jak sądzi­łem,  prze­ro­dzi­ły się w nałóg i uza­leż­nie­nie. Byłem wów­czas bar­dzo agre­syw­ny i wul­gar­ny. Uwa­ża­łem, że nikt nie ma pra­wa zwró­cić mi uwa­gi, bo ja wiem co robię, i jestem wol­ny. Nie dostrze­ga­łem tego jak się sta­czam. Tra­ci­łem pra­cę za pra­cą przez pijań­stwo. Nie mia­łem żad­nych rela­cji z rodzi­ną. Każ­de­go trak­to­wa­łem jak wro­ga — oprócz kole­gów od kie­lisz­ka. 18 lat temu zosta­wi­łem żonę z nie­speł­na rocz­ną cór­ką dla innej kobie­ty. Jesz­cze bar­dziej pogrą­ża­łem się w alko­ho­li­zmie. Prak­tycz­nie codzien­nie urzą­dza­łem okrop­ne awan­tu­ry. Do kościo­ła nie cho­dzi­łem pra­wie w ogó­le. A kie­dy zdą­ża­ło mi się być, to z zazdro­ścią patrzy­łem na ludzi, któ­rzy idą do Komu­nii. Ale sądzi­łem, że Bóg nie chce nawet patrzeć na takie­go wyrzut­ka i mene­la, któ­ry zro­bił tyle krzyw­dy innym, że kocha tyl­ko tych dobrych, któ­rzy się modlą. Nie widzia­łem dla sie­bie żad­nych szans, ale wma­wia­łem sobie, że jestem szczę­śli­wy i wol­ny.

Sześć lat temu moja przy­ja­ciół­ka zapro­si­ła mnie na reko­lek­cje „Nowe Życie”. Nie chcia­łem jed­nak o tym sły­szeć. Ale ona była tak natręt­na i namol­na, że w koń­cu dla świę­te­go spo­ko­ju zgo­dzi­łem się jechać. Byłem prze­ko­na­ny, że nic tam się nie wyda­rzy, bo Bóg nie kocha takich jak ja. Na tych reko­lek­cjach oso­bi­ście doświad­czy­łem Miło­ści Bożej. Kie­dy usły­sza­łem, że Bóg mnie kocha takie­go jakim jestem, pomi­mo moich grze­chów i z całym tym baga­żem moje­go życia, że dał Swo­je­go Syna Jezu­sa Chry­stu­sa, aby oddał życie za mnie, aby mnie zba­wić, wte­dy coś we mnie pękło i uwie­rzy­łem w to Sło­wo. Przy­szła nadzie­ja, że mogę żyć ina­czej, z Bożą pomo­cą mogę zmie­nić sie­bie. Po kil­ku­na­stu latach przy­stą­pi­łem do spo­wie­dzi. Kapłan, któ­ry mnie spo­wia­dał nie oce­nił mnie, ani nie potę­pił.  Kie­dy po tylu latach sze­dłem do Komu­nii świę­tej to czu­łem się jak­by to była moja pierw­sza Komu­nia. Mia­łem świa­do­mość, że to sam Jezus żywy przy­cho­dzi do mnie. W tym kawał­ku chle­ba cały Bóg Zba­wi­ciel. Pan Jezus w tej Eucha­ry­stii dał mi pra­gnie­nie, abym zmie­nił swo­je życie. Wstą­pi­łem do Wspól­no­ty, któ­ra się za mnie modli­ła. Mia­łem coraz więk­sze pra­gnie­nie i głód Eucha­ry­stii. Codzien­nie więc cho­dzi­łem na mszę, aby być tak bli­sko Jezu­sa, aby doświad­czać Jego obec­no­ści w Naj­święt­szym Sakra­men­cie. Po każ­dej mszy wycho­dzi­łem pełen rado­ści i poko­ju. Byłem i jestem praw­dzi­wie szczę­śli­wy. Pan Jezus zaczął mnie prze­mie­niać.

Spo­tka­nia z Panem Jezu­sem Eucha­ry­stycz­nym doda­wa­ły mi odwa­gi i sił, aby wyjść z nało­gu alko­ho­lo­we­go. Cho­dzi­łem też na tera­pie. Po wie­lu latach mia­łem odwa­gę, aby spo­tkać się z żoną i cór­ką i popro­sić o prze­ba­cze­nie. Otrzy­ma­łem je. Nie jestem z żoną, ale mamy nor­mal­ne rela­cje. Pan dał mi też pra­gnie­nie prze­ba­cze­nia moje­mu ojcu. Pan prze­mie­nił moje życie o 180 stop­ni. Teraz jestem wol­ny i praw­dzi­wie szczę­śli­wy dzię­ki Panu Jezu­so­wi. Dzię­ki tej ogrom­nej łasce i sile, któ­ra pły­nie z Komu­nii z Nim czy Ado­ra­cji Naj­święt­sze­go Sakra­men­tu. Jezus obec­ny w Eucha­ry­stii jest dla mnie moim Bogiem, Panem i Zba­wi­cie­lem, ale też Przy­ja­cie­lem. On sam mnie tak nazwał. I w tej rela­cji miło­ści i przy­jaź­ni dał mi nowe życie. Uwa­żam za naj­więk­szy cud i zaszczyt, że mogę się z Nim spo­ty­kać codzien­nie jako z chle­bem życia. I sta­ram się dbać o to, aby zawsze być goto­wym na spo­tka­nie z Jezu­sem w Eucha­ry­stii. Chwa­ła Panu!

Na koniec może życze­nie. Życz­my sobie, aby Bóg odna­lazł i dotknął kon­kret­ne oso­by dotknię­te prze­róż­ny­mi kło­po­ta­mi życio­wy­mi, ludzi zała­ma­nych, opusz­czo­nych, nad­to tych z uza­leż­nie­nia­mi. Anioł Pań­ski powie­dział do Elia­sza — czło­wie­ka osa­mot­nio­ne­go: „Wstań, jedz, bo przed tobą dłu­ga dro­ga”(1 Krl 19, 7). I on tak uczy­nił.

Dłu­ga jest nasza dro­ga życio­wa. Pro­wa­dzi nawet dalej niż do góry Horeb. Pro­wa­dzi raczej w głąb ser­ca i ku górze. Nasza dro­ga pro­wa­dzi aż do wiecz­no­ści. Zdo­by­waj­my ten wewnętrz­ny szlak dobrą orga­ni­za­cją życia, asce­zą, trzeź­wo­ścią i abs­ty­nen­cją wie­lu. Odkry­waj­my wspól­no­to­wo-chrze­ści­jań­skie powo­ła­nie do zupeł­nej wol­no­ści od wszel­kich uza­leż­nień. Owo powo­ła­nie jest dla wszyst­kich i nie doty­czy tyl­ko nie­któ­rych z nas! Jeśli nie my to kto?

Dla­te­go w nie­dzie­lę korzy­staj­my z Nie­go i posi­laj­my się na dro­gę do wiecz­no­ści. Wyjąt­ko­wa dro­ga to i spe­cjal­ny pokarm: Chleb żywy (por. J 6, 50–51), któ­ry z nie­ba zstą­pił, odży­wia­ją­cy nas do szpi­ku kości, żeby­śmy się nie zagu­bi­li, ani nie znie­chę­ci­li, ale wspie­ra­li nawza­jem i dotar­li do wiecz­ne­go celu bez zagu­bie­nia. Amen.

Ks. Inf. Dariusz Raś

To był przełom

Kiedyś zawiozłem bliskiego mi i mojej rodzinie człowieka, śp. Antoniego, do szpitala na oddział leczenia uzależnień, ponieważ „złapał cug”, a w takich chwilach było mu bardzo ciężko. Gdy żył mój tata zawsze pomagał Antoniemu w trudnych chwilach. Po śmierci taty, postanowiłem, że będę kontynuować jego dzieło pomocy. Gdy dojeżdżaliśmy razem do szpitala, czułem się wspaniale, rozpierała mnie duma, że jestem taki dobry.

W rejestracji oddziału leczenia uzależnień pielęgniarka powiedziała mi bardzo ostro, że przez takich jak ja, którzy niańczą Antka, jego życie wygląda tak jak wygląda i że nie powinienem mu pomagać zanim on świadomie nie zdecyduje się na odwyk czy jakąkolwiek zmianę trybu życia. Poczułem wtedy, jakby ktoś podciął mi nogi, nie umiałem powiedzieć dlaczego to robię. Pustka, która powstała w moim sercu i uraz, którego wtedy doświadczyłem sprawiły, że na jakiś czas przestałem pomagać.

To był przełom w moim życiu. Gdy zacząłem weryfikować moją motywację, zauważyłem, że chodziło mi nie o prawdziwe dobro drugiego człowieka i bezinteresowną miłość, ale chęć bycia „fajnym”, docenianym, zauważonym. Dziś jestem przekonany, że Jezus wzywa mnie do bycia z ubogimi, alkoholikami i pomagania im bez oczekiwania na pochwały i na cokolwiek w zamian, np. na szybkie efekty działania. Przecież godność dziecka Bożego nawet tego najbardziej oddalonego, zagubionego to najważniejszy argument bycia z drugim człowiekiem. Wreszcie świadomość, że Bóg, którego znam, nigdy nie zamyka się przede ludźmi! Nigdy! Doświadczam tego kilka razy dziennie, gdy upadam w grzech. On zawsze czeka na mnie z otwartymi ramionami!

Jeśli chcę naśladować Jego miłość, powinienem pokochać drugiego człowieka pomimo jego upadków i trwać przy nim pomimo jego powrotów do niszczących nałogów.

Grzegorz, 29 lat

Pomoc nigdy nie idzie na marne

Przez dziesięć lat byłem uzależniony. Chlałem i ćpałem. Nie byłem bezdomny, ale wiem jak się czuje człowiek na marginesie życia. W niemocy, niewierze i zniewolony. Wiem jak się czuje człowiek, który nie zna Jezusa Chrystusa.

Kiedy byłem na dnie rozpaczy pierwszy raz świadomie pomodliłem się. Wyrzekłem słowa: Jezu, jeśli rzeczywiście jesteś Bogiem, pomóż mi. Po tej modlitwie w moim życiu pojawili się ludzie z nowotarskiej wspólnoty, którzy następnie przez kilka lat konsekwentnie pomagali mi stanąć na nogi. I nie tylko mnie. Mój najlepszy kolega z poprzedniego życia, narkoman, przestał ćpać nie po odwykach, a po szczerej modlitwie ludzi ze wspólnoty i dzięki ich pomocy.

Zacząłem pomagać narkomanom, alkoholikom i bezdomnym w odruchu chęci spłacenia Bogu długu miłości. On wydobył mnie z „dołu zagłady”, gdy płacząc wołałem do Niego o pomoc. Mam mocne przekonanie, że każda, nawet najdrobniejsza pomoc, wysłuchanie kogoś, zachęcenie do powierzenia swoich problemów Bogu, załatwienie odwyku, pomoc w znalezieniu pracy, lokalu dla bezdomnych, pomoc materialna, bycie z kimś w opresyjnym momencie, ma głęboki sens i nigdy nie idzie na marne.

Wiem, że walczę wtedy z siłami ciemności, które nie wypuszczają łatwo „swojej własności”. Widziałem, że bardzo często czyjaś sytuacja stawała się jeszcze gorsza i tak zwany sukces w ogóle nie przychodził. Ale jestem przekonany, że w ratowaniu sukces nie jest mierzony ludzką miarą. Często pomoc polega na tym, że w imię Boga stwarzamy szansę dla drugiego człowieka. I zawsze towarzyszy temu człowiecza wolna wola. Ostatnio czuję się nieco zmęczony, szwankuje zdrowie. Nie mam już tej wiary co dawniej. Widocznie tak też może być. Bóg daje czas i siłę, kiedy jesteśmy gotowi.

 

Robert, 60 lat

Zakochałam się na nowo

Coraz więcej czasu upływa od Światowego Dnia Ubogich, a ja wciąż w sercu czuję niewypełnioną powinność – danie świadectwa.

Już od pierwszej informacji o planach organizacyjnych na ten dzień w naszym mieście zapragnęłam, aby moja wspólnota zakonna zaangażowała się w planowane wydarzenie. Bardzo mocno utkwiły we mnie słowa papieża Franciszka, że jeśli nie spotkam Chrystusa ubogiego, to nie spotkam i Go jako Króla… A ja bardzo chciałam. Podjęłyśmy z siostrami adorację Najświętszego Sakramentu w czasie modlitewnego Jerycha w kościele św. Barbary i myślałam, że to będzie tyle, że to wszystko, co możemy dać… Ale Pan jest hojny ponad miarę. Po pierwszej adoracji zdecydowałyśmy z siostrą, że dysponując jeszcze czasem wstąpimy do Namiotu Spotkania, to będzie takie dopełnienie. Posiedziałyśmy chwilę z ludźmi, którzy tam byli rozmawiając i słuchając, przyglądając się wszystkiemu.

Gdy zbliżał się wieczór następnego dnia bardzo zapragnęłam znów tam pójść. Obowiązki nie pozwoliły mi wyjść wcześniej. I tak chodziłam wieczorami do ostatniego dnia, aby się spotkać, posłuchać innych, pobyć. I zakochałam się na nowo w Chrystusie Ubogim, w tym samym , któremu 30 lat temu ślubowałam czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Pan dał mi doświadczyć swojej Obecności. Bo to Jego oczy patrzyły na mnie przenikając do głębi pragnienia mojego serca. To On uśmiechał się, gdy siadałam naprzeciwko przy stole, aby Go słuchać. To On pragnął, abym wspólnie z Nim w chłodny wieczór wypiła kubek gorącej herbaty. Biegłam na te spotkania ledwie łapiąc oddech lub akurat przejeżdżający tramwaj… Jak zakochana na spotkanie z umiłowanym. To było święto! Święto, które dotykało mojego serca, dawało ogromną radość i pokój. I choć już tyle dni minęło od tamtych wydarzeń ja wiem, że spotkałam żywego Jezusa i On przemienił moje serce. Przeżywam to w każdym spotkaniu z ubogim, których jest wielu na moich krakowskich drogach.

Bądź uwielbiony Panie wielki i wszechmocny, który dajesz się poznać w małym i ubogim. Bądź uwielbiony Jezu Oblubieńcze, którego mogę spotykać w najciemniejszych zakątkach mojego życia. Bądź uwielbiony, który jesteś Miłością, tak prostą i ukrytą, że można Cię przegapić, pominąć, zlekceważyć… Bądź uwielbiony!

s. Marta

 

Jesteśmy bogaci, gdy mamy ubogich

Podczas spotkania organizacyjnego przed świętem ubogich, ksiądz powiedział nam: Patrzcie ubogim w oczy i dotykajcie ich, bo to jest Jezus…

Jako wolontariusz byłam odpowiedzialna za sekcję działającą w bufecie -parzenie kaw, rozdawanie ciasteczek. Prawdę mówiąc myślałam, że moja rola ograniczy się tylko do tego zajęcia. Jestem osobą nieśmiałą, stąd nie myślałam, że będę miała bliższy kontakt z ubogimi.

Robiąc kawę zostałam poproszona przez koordynatora, abym zaniosła kawę i coś do jedzenia konkretnemu panu wskazanemu mi z oddali. Szybko zlokalizowałam go wzrokiem przez charakterystyczną czapkę, wzięłam dostępne smakosze i podchodząc do niego spytałam, czy może ma ochotę się poczęstować. Jakub, bo tak miał na imię ubogi, wzruszył się i zobaczyłam, że płyną mu łzy. Gestem wskazał, żebym usiadła. W niedługiej chwili zapytał mnie, czy się z nim pomodlę. Bardzo się ucieszyłam. Zapytał, czy mogę go chwycić za dłonie. Zgodziłam się. Pamiętam, że miał gorące dłonie…

Niesamowite jest to, że modlił się za mnie tak pięknymi słowami. Modlił się, aby moje dłonie były ciepłe, to w szczególności zapamiętałam. Zapytałam czy lubi modlić się na różańcu, a Jakub wyciągnął i dał mi różaniec – powiedział, że ma go od św. Jana Pawła II. Później rozmawialiśmy chwilę. Ale najbardziej chciałabym się podzielić tym, że gdy modliliśmy się razem, czułam te dłonie, gorące dłonie, widziałam spokojne, załzawione oczy, dobre oczy… I przypomniałam sobie te słowa… Patrzcie ubogim w oczy i dotykajcie ich bo to jest Jezus… I naprawdę Jezus tam był. Był w Jakubie. Jakub był Nim. Jakuba już nie było. Był On. Jezus. Ubogi Jezus.

Jesteśmy bogaci, gdy mamy ubogich, bo mamy Jezusa. I najważniejsze, byśmy nauczyli się stawać ubogimi, aby nas też już nie było, tylko aby był On, Jezus. Dziękuje Ci Jakubie! Dziękuje każdej osobie ubogiej, że nas sobą wzbogaciła.


Joanna