To był przełom | świadectwo

Kiedyś zawiozłem bliskiego mi i mojej rodzinie człowieka, śp. Antoniego, do szpitala na oddział leczenia uzależnień, ponieważ „złapał cug”, a w takich chwilach było mu bardzo ciężko. Gdy żył mój tata zawsze pomagał Antoniemu w trudnych chwilach. Po śmierci taty, postanowiłem, że będę kontynuować jego dzieło pomocy. Gdy dojeżdżaliśmy razem do szpitala, czułem się wspaniale, rozpierała mnie duma, że jestem taki dobry.

W rejestracji oddziału leczenia uzależnień pielęgniarka powiedziała mi bardzo ostro, że przez takich jak ja, którzy niańczą Antka, jego życie wygląda tak jak wygląda i że nie powinienem mu pomagać zanim on świadomie nie zdecyduje się na odwyk czy jakąkolwiek zmianę trybu życia. Poczułem wtedy, jakby ktoś podciął mi nogi, nie umiałem powiedzieć dlaczego to robię. Pustka, która powstała w moim sercu i uraz, którego wtedy doświadczyłem sprawiły, że na jakiś czas przestałem pomagać.

To był przełom w moim życiu. Gdy zacząłem weryfikować moją motywację, zauważyłem, że chodziło mi nie o prawdziwe dobro drugiego człowieka i bezinteresowną miłość, ale chęć bycia „fajnym”, docenianym, zauważonym. Dziś jestem przekonany, że Jezus wzywa mnie do bycia z ubogimi, alkoholikami i pomagania im bez oczekiwania na pochwały i na cokolwiek w zamian, np. na szybkie efekty działania. Przecież godność dziecka Bożego nawet tego najbardziej oddalonego, zagubionego to najważniejszy argument bycia z drugim człowiekiem. Wreszcie świadomość, że Bóg, którego znam, nigdy nie zamyka się przede ludźmi! Nigdy! Doświadczam tego kilka razy dziennie, gdy upadam w grzech. On zawsze czeka na mnie z otwartymi ramionami!

Jeśli chcę naśladować Jego miłość, powinienem pokochać drugiego człowieka pomimo jego upadków i trwać przy nim pomimo jego powrotów do niszczących nałogów.

 

Grzegorz, 29 lat

Pomoc nigdy nie idzie na marne | świadectwo

Przez dziesięć lat byłem uzależniony. Chlałem i ćpałem. Nie byłem bezdomny, ale wiem jak się czuje człowiek na marginesie życia. W niemocy, niewierze i zniewolony. Wiem jak się czuje człowiek, który nie zna Jezusa Chrystusa.

Kiedy byłem na dnie rozpaczy pierwszy raz świadomie pomodliłem się. Wyrzekłem słowa: Jezu, jeśli rzeczywiście jesteś Bogiem, pomóż mi. Po tej modlitwie w moim życiu pojawili się ludzie z nowotarskiej wspólnoty, którzy następnie przez kilka lat konsekwentnie pomagali mi stanąć na nogi. I nie tylko mnie. Mój najlepszy kolega z poprzedniego życia, narkoman, przestał ćpać nie po odwykach, a po szczerej modlitwie ludzi ze wspólnoty i dzięki ich pomocy.

Zacząłem pomagać narkomanom, alkoholikom i bezdomnym w odruchu chęci spłacenia Bogu długu miłości. On wydobył mnie z „dołu zagłady”, gdy płacząc wołałem do Niego o pomoc. Mam mocne przekonanie, że każda, nawet najdrobniejsza pomoc, wysłuchanie kogoś, zachęcenie do powierzenia swoich problemów Bogu, załatwienie odwyku, pomoc w znalezieniu pracy, lokalu dla bezdomnych, pomoc materialna, bycie z kimś w opresyjnym momencie, ma głęboki sens i nigdy nie idzie na marne.

Wiem, że walczę wtedy z siłami ciemności, które nie wypuszczają łatwo „swojej własności”. Widziałem, że bardzo często czyjaś sytuacja stawała się jeszcze gorsza i tak zwany sukces w ogóle nie przychodził. Ale jestem przekonany, że w ratowaniu sukces nie jest mierzony ludzką miarą. Często pomoc polega na tym, że w imię Boga stwarzamy szansę dla drugiego człowieka. I zawsze towarzyszy temu człowiecza wolna wola. Ostatnio czuję się nieco zmęczony, szwankuje zdrowie. Nie mam już tej wiary co dawniej. Widocznie tak też może być. Bóg daje czas i siłę, kiedy jesteśmy gotowi.

 

Robert, 60 lat

Zakochałam się na nowo | świadectwo

Coraz więcej czasu upływa od Światowego Dnia Ubogich, a ja wciąż w sercu czuję niewypełnioną powinność – danie świadectwa.

Już od pierwszej informacji o planach organizacyjnych na ten dzień w naszym mieście zapragnęłam, aby moja wspólnota zakonna zaangażowała się w planowane wydarzenie. Bardzo mocno utkwiły we mnie słowa papieża Franciszka, że jeśli nie spotkam Chrystusa ubogiego, to nie spotkam i Go jako Króla… A ja bardzo chciałam. Podjęłyśmy z siostrami adorację Najświętszego Sakramentu w czasie modlitewnego Jerycha w kościele św. Barbary i myślałam, że to będzie tyle, że to wszystko, co możemy dać… Ale Pan jest hojny ponad miarę. Po pierwszej adoracji zdecydowałyśmy z siostrą, że dysponując jeszcze czasem wstąpimy do Namiotu Spotkania, to będzie takie dopełnienie. Posiedziałyśmy chwilę z ludźmi, którzy tam byli rozmawiając i słuchając, przyglądając się wszystkiemu.

Gdy zbliżał się wieczór następnego dnia bardzo zapragnęłam znów tam pójść. Obowiązki nie pozwoliły mi wyjść wcześniej. I tak chodziłam wieczorami do ostatniego dnia, aby się spotkać, posłuchać innych, pobyć. I zakochałam się na nowo w Chrystusie Ubogim, w tym samym , któremu 30 lat temu ślubowałam czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Pan dał mi doświadczyć swojej Obecności. Bo to Jego oczy patrzyły na mnie przenikając do głębi pragnienia mojego serca. To On uśmiechał się, gdy siadałam naprzeciwko przy stole, aby Go słuchać. To On pragnął, abym wspólnie z Nim w chłodny wieczór wypiła kubek gorącej herbaty. Biegłam na te spotkania ledwie łapiąc oddech lub akurat przejeżdżający tramwaj… Jak zakochana na spotkanie z umiłowanym. To było święto! Święto, które dotykało mojego serca, dawało ogromną radość i pokój. I choć już tyle dni minęło od tamtych wydarzeń ja wiem, że spotkałam żywego Jezusa i On przemienił moje serce. Przeżywam to w każdym spotkaniu z ubogim, których jest wielu na moich krakowskich drogach.

Bądź uwielbiony Panie wielki i wszechmocny, który dajesz się poznać w małym i ubogim. Bądź uwielbiony Jezu Oblubieńcze, którego mogę spotykać w najciemniejszych zakątkach mojego życia. Bądź uwielbiony, który jesteś Miłością, tak prostą i ukrytą, że można Cię przegapić, pominąć, zlekceważyć… Bądź uwielbiony!

s. Marta

 

Jesteśmy bogaci, gdy mamy ubogich | świadectwo

Podczas spotkania organizacyjnego przed świętem ubogich, ksiądz powiedział nam: Patrzcie ubogim w oczy i dotykajcie ich, bo to jest Jezus…

Jako wolontariusz byłam odpowiedzialna za sekcję działającą w bufecie -parzenie kaw, rozdawanie ciasteczek. Prawdę mówiąc myślałam, że moja rola ograniczy się tylko do tego zajęcia. Jestem osobą nieśmiałą, stąd nie myślałam, że będę miała bliższy kontakt z ubogimi.

Robiąc kawę zostałam poproszona przez koordynatora, abym zaniosła kawę i coś do jedzenia konkretnemu panu wskazanemu mi z oddali. Szybko zlokalizowałam go wzrokiem przez charakterystyczną czapkę, wzięłam dostępne smakosze i podchodząc do niego spytałam, czy może ma ochotę się poczęstować. Jakub, bo tak miał na imię ubogi, wzruszył się i zobaczyłam, że płyną mu łzy. Gestem wskazał, żebym usiadła. W niedługiej chwili zapytał mnie, czy się z nim pomodlę. Bardzo się ucieszyłam. Zapytał, czy mogę go chwycić za dłonie. Zgodziłam się. Pamiętam, że miał gorące dłonie…

Niesamowite jest to, że modlił się za mnie tak pięknymi słowami. Modlił się, aby moje dłonie były ciepłe, to w szczególności zapamiętałam. Zapytałam czy lubi modlić się na różańcu, a Jakub wyciągnął i dał mi różaniec – powiedział, że ma go od św. Jana Pawła II. Później rozmawialiśmy chwilę. Ale najbardziej chciałabym się podzielić tym, że gdy modliliśmy się razem, czułam te dłonie, gorące dłonie, widziałam spokojne, załzawione oczy, dobre oczy… I przypomniałam sobie te słowa… Patrzcie ubogim w oczy i dotykajcie ich bo to jest Jezus… I naprawdę Jezus tam był. Był w Jakubie. Jakub był Nim. Jakuba już nie było. Był On. Jezus. Ubogi Jezus.

Jesteśmy bogaci, gdy mamy ubogich, bo mamy Jezusa. I najważniejsze, byśmy nauczyli się stawać ubogimi, aby nas też już nie było, tylko aby był On, Jezus. Dziękuje Ci Jakubie! Dziękuje każdej osobie ubogiej, że nas sobą wzbogaciła.


Joanna

Wystarczyło tylko być | świadectwo

Zapisałam się do posługi w namiocie na Małym Rynku, kilka dni przed samym wydarzeniem, z myślą, że chcę pomagać przy wydawaniu herbaty. Mogłam tam być przez dwa dni. Kiedy w środę szłam ulicą Sienną pomyślałam, że to bez sensu. Po co ja tam idę? Jeszcze będę musiała rozdawać szaliki bezdomnym na Plantach i co wtedy zrobię? Czułam się mało odważna w wychodzeniu do bezdomnych na ulicę. Ale już szłam, więc pomyślałam tylko: „Ty wiesz po co tam idę”.

Weszłam do środka i przydzielili mnie do punktu informacyjnego. Po krótkiej rozmowie okazało się, że nie jestem tam potrzebna. Świetnie dają sobie radę. Pomyślałam – dobrze, stanę pod drzwiami. I przez półtorej godziny
zapraszałam wszystkich do środka. W pewnym momencie przyszedł wolontariusz Łukasz i powiedział, że Krzyśkowi potrzebna jest pomoc przy rozdawaniu herbaty. Nie bardzo wiedziałam co i jak, ale wolontariusz Krzysiek wszystko mi wyjaśniał. Wtedy ktoś podszedł do nas o coś zapytać. Powiedziałam, że nie jestem organizatorem, ale Krzysiek jest i pewnie wie. Usłyszałam „nie jestem organizatorem”. A kim? – zapytałam. Bezdomnym. Zamurowało mnie.

„Krzysiek przecież nie wyglądasz, jak to?” Rozmawialiśmy cały wieczór. Krzysiek od marca spał w samochodzie. Na tydzień bezdomnych przyszedł pomagać w rozdawaniu herbaty innym bezdomnym. Opowiedział mi, że najbardziej go wkurza, że ma za ciasne buty. – We wtorek mam mieć rozmowę o pracę, ale wiesz, oni zawsze pytają gdzie mieszkasz i wtedy rozmowa się kończy – opowiadał. Wychodząc z namiotu miałam jedną myśl – muszę coś zrobić. W głowie pojawiły mi się miliony scenariuszy jak pomóc Krzyśkowi. Ale Bóg miał inny plan, zrobił za mnie wszystko, ja tylko miałam się pojawić w tym miejscu i czasie.

Opowiedziałam o Krzyśku znajomemu, on zadzwonił do kolejnego. W niedzielę jechałam z informacją dla Krzyśka, że ma pracę z mieszkaniem pod Opolem. Bałam się tam jechać w niedzielę. Co będzie jak go nie zastanę? Znów pomyślałam, że skoro Bóg to zaczął to i dokończy. Krzysiek był w niedzielę w namiocie, a we wtorek jechał już do nowego domu i pracy. Rozmawiałam z nim w niedzielę i wspominaliśmy, że minął już tydzień od namiotu. Wiem, że ten
namiot był ważny i że w przyszłym roku chcę tam po prostu być.

 

Wolontariuszka

Spojrzenie | świadectwo

Jako wolontariuszka chciałabym się podzielić doświadczeniem ŚDU. Pan Bóg wyświadczył nam tak wiele łask, że nie sposób zostawić ich dla siebie.

Moje uczestnictwo w ŚDU jako wolontariuszki, zawdzięczam wyłącznie Panu Bogu. Duch Święty zapalił w mym sercu ogromne pragnienie spotkania się z osobami potrzebującymi, podzielenia się z nimi czasem, uśmiechem, dobrym słowem. Duch Święty nieustannie dotykał Bożą miłością ludzkich serc.

W zgiełku tego świata, wśród nieustannych trosk i zmartwień, tak łatwo zgubić to, co najważniejsze w naszym życiu – miłość. Dopiero podczas ŚDU, zrozumiałam, że prawdziwe szczęście daje służba bliźniemu. Dotychczas, widząc osoby biedne, zaniedbane i zepchnięte na margines społeczeństwa, odwracałam wzrok, zamykałam swe serce, czując przy tym jednocześnie smutek… Dopiero w tamtych dniach, Bóg otworzył mi oczy i pozwolił zobaczyć, jak Ci, spisani na straty przez społeczeństwo ludzie, są wewnętrznie poranieni i odrzuceni oraz jak bardzo potrzebują uczynków miłosierdzia z naszej strony.

Chciałabym opowiedzieć trzy sytuacje ze spotkania w namiocie, znajdującym się na Małym Rynku, które na długo pozostaną w mojej pamięci. Pierwsza z nich miała miejsce w punkcie informacji, gdzie od jednego z panów, dostałam autorską książeczkę o psach. Podczas rozmowy z naszym gościem, poczułam miłe zaskoczenie jego głęboką życiową mądrością, życzliwością i otwartością na drugiego człowieka. Jednocześnie słysząc, w jakiej jest sytuacji, czułam smutek i w myślach pojawiła się refleksja, że częstokroć przyczyną wszelkich ludzkich nieszczęść jest nie tyle nasz świadomy wybór, co brak wsparcia i akceptacji przez bliskie nam osoby. Godnym podziwu było to, że pomimo wielu przeciwności w życiu tego pisarza, czułam, bijące z jego serca przebaczenie, a zarazem głęboką pokorę. Drugim doświadczeniem jest modlitwa za pana Wojtka. Gdy siedział na ławce, z dala od innych, Jezus dotknął moje serce. Następnie podeszłam i modliłam się za tego człowieka. Czułam w swoim sercu, jak wielką miłością darzy go Bóg. Modląc się, w głębi serca ufałam, że ujrzę cuda, jakie Pan zdziała w życiu tego człowieka. Niezwykłym jest dla mnie to, że właśnie dziś, w ostatnim dniu listopada, po raz kolejny spotkałam pana Wojtka! Co więcej, poznał mnie i serdecznie przywitał. Widziałam jak bardzo się zmienił, z osoby obojętnej na otaczający ją świat, zrezygnowanej, stał się człowiekiem radosnym, pełnym nadziei i ufności. Trzecia sytuacja, która na zawsze zapisała się w moim sercu, to kolejne spotkanie z ubogim człowiekiem. Przyszedł do namiotu całkowicie zziębnięty, głodny, chory, zmizerowany. Razem z siostrą zakonną starałyśmy się mu pomóc. Chociaż panie z warsztatów szycia nie miały żadnej czapki na zbyciu, zaraz została uszyta nowa, a w kuchni znalazła się ciepła herbata i posiłek, dzięki czemu ten człowiek poczuł się choć odrobinę lepiej. Usiadłam naprzeciwko niego, by porozmawiać. Było mi bardzo przykro, kiedy powiedział, że już przez 20 lat się męczy, a jego rodzeństwo choć tak bogate, wcale nie interesuje się jego losem. Zaczęłam się modlić. Spojrzenie tego pana, które wcześniej wydawało się smutne, mgliste, jakby zza szklanej ściany, odmieniło się w ciągu jednej chwili. Zobaczyłam w nich łzy, prawdziwe oblicze tego człowieka, równocześnie tak wielką radość i wzruszenie. Powiedział mi, że pierwszy raz czuje się szczęśliwy… Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Jezus naprawdę był wtedy obok nas, by dotknąć naszych serc… później poczułam miłość do tego człowieka. Przytuliłam go, bowiem brudne ubranie i jego zaniedbany wygląd nie miały już żadnego znaczenia, bo teraz liczył się już tylko człowiek. Wierzę, że przez wzrok tego ubogiego patrzył na mnie sam Chrystus. Patrzył na mnie spojrzeniem nie pełnym wyrzutu, żalu, lecz przepełnionym miłością i jakby błaganiem.

Wiem, że cuda, których doświadczyłam w czasie ŚDU nie są wyłącznie darem dla mnie. Bóg kocha nas wszystkich i chce by dzielić się Jego miłością, bo tylko wtedy będzie ona się pomnażać. Kimkolwiek jesteś, Pan Jezus poprzez spojrzenie brudnego, obdartego, zaniedbanego człowieka przemawia do Ciebie właśnie dzisiaj… ON czeka na nas w sercu tych ludzi, zziębnięty, poraniony, odrzucony. Czeka choćby na gest litości, okazanie zwykłego ludzkiego współczucia…

Dziękuję również wszystkim ludziom dobrego serca. Dziękuję w szczególności naszym dwóm Aniołom Stróżom: siostrze Teresie i bratu Gabrielowi!

Joanna

Dziękuję

Podszedł podzielić się swoim szczęściem, ze łzami w oczach opowiadając co przeżył w ostatnim czasie. Chciał po prostu podziękować za pomoc. Przeczytajcie krótką opowieść Michała, który przyszedł do Namiotu Spotkań i zyskał coś bardzo cennego.

Wyszedłem z zakładu karnego. Spędziłem od 5 listopada kilka dni na ulicy. Chodziłem, szukałem pomocy, ale mi się nie udawało. Dzięki temu, że w pierwszy dzień przyszedłem tutaj, do Namiotu Spotkań, dostałem ulotki, siostry się jeszcze pomodliły ze mną, na następny dzień załatwiłem sobie gdzie można się wykąpać, gdzie można dostać ciuchy, wszystko. A dzisiaj byłem w następnym miejscu, załatwiłem sobie bilet, jutro między 8 a 10 mam go sobie odebrać, jadę do siebie, do domu.

Z początku wydawało mi się tu dziwnie. Ale troszkę dłużej poczułem się bardzo dobrze. A zwłaszcza dużo pomogła mi ta modlitwa. Drugą ważną sprawą była też rozmowa z wolontariuszem. Bo to nie chodzi o to, że się przyjdzie i się przebierze tak „z zewnątrz”. To co się ma w środku, trzeba wypowiedzieć. Bo jak tego się nie wypowie, trzyma się w sobie to jednak się kumuluje, zbiera się w sobie. A jak się komuś wszystko powie, to jest lżej na sercu.

Jutro będę wiedział o której mam autobus. I przyjdę tu jeszcze na kawę. Dziś byłem też na Mszy świętej. Pan Bóg jednak czuwa nade mną.

Dziękuję.

 

Michał, uczestnik ŚDU

Gest miłości | świadectwo

Jak to jest pomagać innym? Swoim świadectwem pomocy ubogim dzielą się Iza oraz Marek.

Panią Krystynę poznałam półtora roku temu. Jestem wolontariuszką stowarzyszenia pomagającego osobom ubogim i brałam wtedy udział w programie specjalistycznym skierowanym do seniorów. Od tamtej pory utrzymuję stały kontakt z panią Krystyną – jeżdżę do niej co tydzień i robię większe zakupy. Pani Krystyna nie może wychodzić sama z domu, jest osobą starszą, niepełnosprawną. Jest bardzo otwartą osobą, dobrze się z nią rozmawia. Wiele w swym życiu przeszła. Kiedy umawiam się z nią na kolejne spotkanie, czuję wielką odpowiedzialność. Wiem, że często to ode mnie zależy, czy pani Krystyna będzie miała na tyle jedzenia, żeby jej wystarczyło do następnych zakupów, dlatego nieraz dźwigam po kilkanaście kilogramów. Odkryłam, że choć nie mam wpływu na zmianę całego świata, to mogę wpłynąć na zmianę czyjegoś całego świata.

Iza, 25 lat

 

Jeszcze do niedawna mijałem bezdomnych z niezrozumieniem. Z nutą pogardy i wstrętu. Dlaczego oni nie wezmą się do roboty? Dlaczego żebrają? Zaburzają estetykę miasta i dobre samopoczucie należne nam, ładnym, ciężko pracującym ludziom.

Kiedy Pan Bóg mnie nawrócił, skierował mój wzrok na wspólnotę posługującą ubogim rozmową i posiłkami. Tak spotkałem Grzegorza i jego kolegów z pustostanu. Minęło kilka tygodni zanim z pozycji osoby wydającej żywność, patrzącej na nich z góry, stanąłem obok i zobaczyłem w nich człowieka.

Wracając kiedyś po spotkaniu do domu usłyszałem głos „Nie myśl sobie, że jesteś lepszy od nich. Jesteś dokładnie taki sam”. Bardzo chciałbym dla nich lepszego życia, ale wiem, że lepsze w moich kategoriach niekoniecznie oznacza lepsze dla nich. Pan Bóg pokazał mi, że lepszy, gorszy, to są nasze kategorie. Najważniejszy jest gest autentycznej miłości, bycie obok.

Marek, 29 lat

 

Zachęcamy do podjęcia wolontariatu podczas organizacji 1. Światowego Dnia Ubogich. Więcej informacji TUTAJ.

Wystarczy chcieć | świadectwo

Do dziś kocham Wrocław, choć właśnie tam zaczęła się moja bezdomność, wkrótce po tym jak w 1990 roku straciłem pracę cieśli na budowie. Trudno mi było się z tym pogodzić i trochę czułem wstyd – jestem najstarszy z rodzeństwa, jest nas jeszcze czterech braci. Wyjechałem z Dolnego Śląska i trafiłem do Krakowa. Zamieszkałem u ciotki, jednak wkrótce po jej śmierci, bez pracy i środków do życia, wylądowałem na ulicy.

Popłynąłem

Pracy szukałem intensywnie, ale było o nią wtedy trudno. Natomiast łatwo znalazłem „kolesi”, którzy wciągnęli mnie w alkohol. Popłynąłem. Przez 20 lat tułałem się po schroniskach, ale w żadnym długo nie zagrzałem miejsca, nałóg był silniejszy. Podejmowałem prace dorywcze, ale jak teraz to widzę, nie można było na mnie polegać. Umawiałem się z pracodawcą na dzień i godzinę, po czym się nie pojawiałem. Moje słowo nie było nic warte.

Impuls do zmian

W tym czasie byłem kilka razy na terapii odwykowej. Podczas badań okazało się, że mam cukrzycę. To był impuls do dobrych zmian. Przestałem pić, nie nagle z dnia na dzień, ale stopniowo i udało się! A potem było już tylko lepiej – dostałem mieszkanie socjalne i trafiłem do fundacji pomagającej ubogim i bezdomnym, a tu są tacy ludzie, że, jak to mówię, kraje się serducho i aż się wszystkiego chce. Pomogli mi w remoncie mieszkania, dali meble, sami wnieśli je na piętro, nie pozwolili mi dźwigać, bo miałem udar. Dodatkowo od 4 lat pracuję w ochronie. Przy układaniu grafiku mam zawsze tylko jeden warunek, bym co dwa tygodnie w czwartek miał wolne, bo przychodzę do wspólnoty na grupę aktywizacyjną. Moja kierowniczka to wymagająca kobieta, ale mnie lubi, bo wie, że może na mnie polegać. Współpracownikom nie powiedziałem o mojej przeszłości, uznałem, że nie ma potrzeby, bo dziś jestem innym człowiekiem i to jest najważniejsze! A „kolesie”? Czasem, gdy ich spotykam, śmieją się i nie dowierzają, że się aż tak zmieniłem, a ja, cóż, mijam ich, grzecznie dziękuję za alkohol i mówię, że oni też się mogą zmienić. Wystarczy chcieć.

 

Jacek, 55 lat

Zawsze potrzebny jest człowiek | świadectwo

Kiedy nadchodzi „ten dzień”, gdy człowiek staje na ulicy, która odtąd będzie jego domem, pracą i często jedyną perspektywą? Swoją historią dzieli się Marianna, kiedyś wykładowca uniwersytecki, dziś tworząca wspólnotę przytuliska dla bezdomnych kobiet.

Rodzina i mąż

Nigdy nie wyobrażałam sobie siebie jako osoby bezdomnej. Nie wiem, czy tak po prostu się to potoczyło, czy tak miało być. Tak się złożyło, że byłam przez pewien czas swojego życia wykładowcą. Wydawało mi się, że normalnie żyję, normalnie pracuję, mam normalną rodzinę… Może nie rodzinę – męża, bo nie mieliśmy dzieci. Wszystko wydawało się być w porządku. Zawsze miałam też wyobrażenie, że osoba bezdomna to taka, która śpi gdzieś pod mostem, na ławce, jest brudna, śmierdząca… Miałam wątpliwości, czy takim osobom pomagać, czy nie, bo wielokrotnie spotykałam się z nimi na ulicy, prawdę powiedziawszy nigdy nie wiedziałam, jak zareagować, co zrobić.

W momencie śmierci mojego męża nie wiedziałam kompletnie, co ze sobą zrobić. Byliśmy tylko we dwoje, nie mieliśmy dzieci, byliśmy trochę takim hermetycznym małżeństwem, bo oboje pracowaliśmy naukowo. Mąż był fizykiem, skupiał się głównie na swoich sprawach, a ja na swoich. Skupiałam się głównie na funkcjonowaniu naszego domu, a ponieważ mąż chorował – na opiece nad nim. Cały swój czas poza pracą, przeznaczałam dla niego i na nasz dom. Kiedy zmarł, świat się zawalił, zabrakło mi najważniejszej osoby. Z rodziną nie miałam bliskiego kontaktu, bo mieszkałam dosyć daleko. W zasadzie od śmierci rodziców moje więzi z rodzeństwem osłabły. Tym bardziej, że oni byli dużo ode mnie starsi, w zasadzie nigdy nie byliśmy szczególnie blisko. Traktowali mnie zawsze jak małą dziewczynkę, czasami nawet jak swoją córkę, a nie siostrę. Zawsze się buntowałam, kiedy chcieli kierować moim życiem. Pewnie dlatego też dosyć wcześnie oddaliłam się od rodzeństwa i rodziny, wyjeżdżając na studia, potem widywaliśmy się już tylko sporadycznie. Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, rodzina go nie zaakceptowała, ponieważ był ode mnie dużo starszy, był po rozwodzie, co w naszej katolickiej rodzinie nie było miłe widziane, więc oddaliłam się od krewnych jeszcze bardziej. Po jego śmierci zostałam sama. Życie straciło sens.

Ćwierć mieszkania, Warszawa i Kraków

Od trzydziestu lat leczę się na CHAD (choroba afektywna dwubiegunowa – przyp.). Gdy mąż zmarł, przestałam brać leki, a zaczęłam pić – od alkoholu uzależniłam się w bardzo krótkim czasie. Potem pojawiły się próby samobójcze… Sprzedałam dom, w którym mieszkaliśmy wspólnie, a zamieszkałam w mieszkaniu służbowym. Niestety pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży domu nie mogłam wykorzystać na kupno własnego mieszkania, bo z pierwszego małżeństwa męża zostały dzieci i musiałam podzielić zysk, żeby być w porządku wobec siebie. To, co mi zostało, nie starczało nawet na ćwierć mieszkania.

Coraz więcej piłam, więc coraz częściej bywałam w szpitalu. Mogłam albo stanąć na nogi i dalej pracować, albo iść na rentę w związku z CHAD. Oczywiście, przestałam pracować, ale przez to straciłam mieszkanie i musiałam wynająć własne. W pewnym momencie zauważyłam, że tak nie da się żyć, że muszę coś zmienić. Z Warszawy, w której wtedy mieszkałam, wyjechałam na chwilę do Krakowa. Myślałam, że na kilka dni, żeby odpocząć, pomyśleć. Tymczasem trafiłam do szpitala i tam dopiero przyznałam się, że oprócz choroby- piję. Leżałam na oddziale psychiatrycznym, ustalili mi leki. Stamtąd od razu poszłam na leczenie odwykowe. Trwało to ponad pół roku, wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mam już po co wracać do Warszawy i tamten okres uznałam za zamknięty. W Krakowie coś drgnęło w moim życiu, ale po wyjściu ze szpitala nie miałam dokąd wrócić… Jeszcze gdy leżałam w szpitalu, powiedziano mi o przytulisku sióstr Albertynek, w którym mogłabym zatrzymać się na krócej lub na dłużej, dopóki czegoś sobie nie znajdę. W ten sposób trafiłam do przytuliska.

Pierwsza myśl i kuchnia

Najpierw pomyślałam sobie „Do Albertynek? Nie, nigdy w życiu! Przecież obraziłam się na Pana Boga, nie będę tam mieszkać z siostrami i bezdomnymi kobietami. Bezdomne kobiety to nie ja, to nie ta bajka!” Ale nie miałam dokąd pójść, więc przyszłam na Malborską.

Siostry przyjęły mnie bardzo ciepło i to mi się podobało. Inaczej było z innymi paniami. Siedziały tam, paliły papierosy, gadały… Buntowałam się, nie chciałam się tam odnaleźć, ale widziałam, że w jakimś sensie to miejsce mi służy. Miałam uregulowany tryb życia, miałam co robić. Na początku zostałam przydzielona do pracy w kuchni. Żeby było śmiesznie, wcześniej gotowałam dla jednej osoby, a tu – dla sześćdziesięciu! Nie wiedziałam, jak się do tego zabrać, ale pomagała mi obecna tam siostra, inne kobiety i zawsze jakoś to szło. Siostra mówiła nawet, że moja osoba łagodzi nastrój w kuchni, aż w końcu przekonałam się do tej pracy. Dzięki temu zaczęłam poznawać inne bezdomne panie, zobaczyłam, jakie płytkie były moje wyobrażenia o bezdomności, o siostrach, do których na początku nie byłam zbyt pozytywnie nastawiona. One zawsze starały się rozmawiać ze wszystkimi, podchodzić do każdego indywidualnie, nie zmuszać do niczego, jeśli nie trzeba. Wtedy zaczęłam się lepiej czuć, normalnie funkcjonować, zaczęłam się uśmiechać. Przestałam myśleć o tym, że zostałam sama, bo tutaj zawsze ktoś jest, coś się dzieje, coś trzeba zrobić.

Dojrzałość i decyzje

Patrząc na siebie z przeszłości, wiem, że musiałam sama dojrzeć do decyzji o podjęciu walki z nałogiem. Wtedy najbardziej potrzebowałam akceptacji innych, której mi zabrakło. Musiałam przejść swoje, żeby być świadomą, że zrobiłam to sama, i że tak właśnie należało. Z drugiej strony, są u nas takie osoby, którym trzeba w konkretnym momencie powiedzieć, że nie ma już czasu i trzeba podjąć tę walkę. Zawsze potrzebny jest człowiek, który pokaże, że coś jest nie tak. Im więcej takich sygnałów z otoczenia, tym lepiej dla osoby, której życie potoczyło się inaczej niżby chciała. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym nie zamknęła się na innych po śmierci męża, gdybym nie została sama, nie doszłoby do tej sytuacji. Widzę to nie tylko na przykładzie mojej historii, ale też innych kobiet, które trafiają do przytuliska sióstr Albertynek. Są wśród nich osoby wykształcone, niewykształcone, samodzielne bardziej lub mniej. Jestem pełna podziwu dla sióstr, które starają się wszystkie z nas łączyć, to jest ogromna sztuka, żeby zebrać tyle osób w jedną całość.

Niemoc i iskierka

Nie namówię nikogo, kto od lat mieszka na ulicy czy pod mostem do tego, żeby przekonał się do domu sióstr Albertynek, czy innego tego typu miejsca. To nie jest w mojej mocy. Już wiem, że, ja sama nie zmienię tego człowieka. On musi „poczuć iskierkę”, musi sam w swoim życiu coś zmienić. Myślę, że dla osób zmagających się z bezdomnością ważny jest dobry przykład. Budujący jest uśmiech, traktowanie poważnie każdej osoby i jego spraw, na tyle na ile można, bo nigdy nie da się zrozumieć w pełni drugiego człowieka. To właśnie bardzo podoba mi się w siostrach Albertynkach, tego się od nich nauczyłam i jestem im za to bardzo wdzięczna, że niezależnie od tego, skąd ktoś przychodzi, jaki jest, czy im się podoba czy nie, traktują go tak samo.

Drugi człowiek i pomoc

Potrafię rozpoznać, kiedy jest mi źle z samą sobą. Wtedy wiem, że muszę pójść do kogoś innego i mu to powiedzieć. Czasami nawet nie oczekuję rady, wystarczy tylko, że komuś to powiem, jest mi lżej. Nawet jeśli ten ktoś nic nie odpowie, we mnie już zaczyna coś „pracować”, zaczynam inaczej patrzeć na to, co mnie męczy. Jeśli nie wiem, co mam zrobić – zmieniam myślenie. Zawsze potrzebny jest kontakt z drugim człowiekiem. Gdy zostajemy zupełnie sami – nie da się niczego sensownie rozwiązać.

To też jest sygnał dla ludzi wokół, żeby się nie zamykali. Teraz wydaje się to bardzo złudne. Ludzie myślą sobie – mam Internet, mam Facebooka.. Ale to jest dobre do pewnego momentu. Żywy człowiek jest potrzebny, byśmy zobaczyli czyjś uśmiech, oczy. Daje to zupełnie inny komfort relacji międzyludzkich. Można być samotnikiem, ale nie samotnym. Lubię spędzać czas sama i zawsze mi się wydawało, że to mi wystarczy. Teraz widzę, że nie. Przede wszystkim każdemu bardzo potrzebny jest drugi człowiek.

 

 

oprac. Kornelia Malczyk