„Czy to mnie różni od Ciebie ?!” – reportaż z 2. ŚDU

„Już pora wstać, wyruszyć z domu. Przyjaciela spotkać znów”  – napisał  do mnie już o czwartej nad ranem mój przyjaciel bezdomny, którego poznałam jeszcze w Warszawie. Tymi słowami rozpoczął się dla mnie 2. Światowy Dzień Ubogich. Myślę, że nie mógł dobrać słów lepiej. Myślę, że już wtedy wiedziałam, że ten nadchodzący czas, będzie czasem prawdziwie niezwykłym.

Kiedy tylko po raz pierwszy w tym roku pojawiłam się w Namiocie Spotkań, przywitał mnie najcieplejszy uścisk, jaki mogłam sobie wyobrazić. Mocny uścisk przyjaciela, który wzruszył mnie całkowicie i zaprowadził nas do rozmowy, która trwała we mnie przez kolejne dni.

– „Czuję się tu potrzebny” – wyznał ze łzami w oczach. Płakałam razem z nim. Staliśmy wśród rozmów, płynących słów, śmiechu i muzyki. Mocno ponownie zaczynałam rozumieć, jak bardzo każdy z nas potrzebuje człowieczeństwa…

***

Wiersz został napisany przez uczestnika warsztatów pisarskich, które współprowadziłam podczas 2. Światowego Dnia Ubogich. Publikuję go oczywiście za zgodą na tego typu działania.

Jestem, ale dlaczego
Bo mnie ktoś stworzył
Czy sam powstałem
I nawet jeśli
przeszkadzam z gitarą
to nadal jestem

Bo tylko człowieczeństwo
mi zostało
Bo tylko człowieczeństwo
mi zostało

A przecież upadłem
tak nisko
Zdychałem we własnym
gnoju, moczu

Na imię mam Radek
Jestem człowiekiem
bezdomnym.

Czy to mnie różni
od Ciebie ??!

Głośno krzyczą we mnie te słowa i powodują chaos, silne ukłucie, wręcz ucisk. Przypomina mi się rozmowa z Panem Mariuszem* podczas „Metamorfoz”, w trakcie których został obdarowany nową fryzurą. Miesiąc bezdomności. Smutny głos… Ciche słowa. I te oczy wpatrzone wprost przed siebie. Wprost na kolegę, który dachu nad głową nie ma już znacznie dłużej.

„Śpię na klatkach schodowych. Za każdym razem ktoś szarpie mnie za rękę, albo już nawet tego nie robi. Ludzie krzyczą, żebym wstawał, że dla mnie spania nie będzie. Często dodają głośne: „wynocha”. Nie rozumiem tego… Ta tułaczka  mnie przeraża.”

Pan Mariusz* ma łzy w oczach. Płaczę razem z nim. Siedzimy w poczekalni. Nowa fryzura zdaje się nie mieć nic wspólnego z aktualnym samopoczuciem. Obok chłopiec pokazuje dwójce moich przyjaciół karcianą sztuczkę. Oboje w milczeniu przyglądamy się jego zaangażowaniu. „Kiedyś uwielbiałem grać w karty” – przyznaje mi Pan Mariusz* – „Teraz nawet nie mam kart. Nie mam z kim.”

Następnego dnia również Iza* dzieli się ze mną mocnym słowem. Nie płacze, ale wzrokiem przekazuje mi rozpacz. Zgaduję, że w moim sercu też rodzi się nowa rozpacz.

„Nie rozumiem dlaczego ludzie nienawidzą osób bezdomnych. Nienawidzą nas. Przecież jestem człowiekiem… Przecież chciałabym mieć dom…”

Po raz pierwszy w tak krótkim odstępie czasu i tak wyraźnie słyszę bolesne komunikaty od ludzi zranionych przez drugiego człowieka. Zranionych tylko dlatego, że nie mają domu. Czuję, że łamie mi się serce. Próbuję cokolwiek zrozumieć. Ponownie płaczę. Słowa przepełnione cierpieniem wychodzące z ust człowieka bezdomnego, które stanowią jego bezradność wobec  przykrości otrzymywanych od drugiego człowieka są jednymi z najbardziej bolesnych, jakie kiedykolwiek usłyszałam. Cierpienie człowieka wyrażone w tak prosty sposób. Słowa tak mocne. Miażdżące.

Gdyby tak magiczne sztuczki karciane potrafiły przemieniać ludzkie serca…

„Byłem”

Wiersz został napisany przez tego samego uczestnika warsztatów pisarskich, które współprowadziłam podczas 2. Światowego Dnia Ubogich. Publikuję go oczywiście za zgodą na tego typu działania.

 

Miałem ziemię i wszystko
i ciebie
I chyba czasami nawet tworzyłem
Bo jesteście.

Nie byłem.

Pytanie, czy jestem?

Jak się odnaleźć?

 

Rok temu, po 1. Światowym Dniu Ubogich odnalazłam kilka osób, z którymi bliżej się zaprzyjaźniłam i wręczyłam im przedświąteczne prezenty. Wśród nich była między innymi Pani Joanna *. Niezwykle silna kobieta. Kobieta, o której często myślę. Potem nie widziałam jej już ani razu. Nie przychodziła na Planty, nasze drogi też nie skrzyżowały się na ulicy. Musiał minąć rok i obie musiałyśmy na nowo przemienić swoje serca, żebyśmy ponownie mogły się odnaleźć. To było dla mnie bardzo ważne spotkanie… Gdy tylko zobaczyłam Panią Joannę* prawie przewróciłam się z radości. Podbiegłam, żeby obok niej usiąść, ale tym razem nie była już sama. I mimo, że jej sytuacja w żaden sposób się nie odmieniła, to był obok niej człowiek, którego mocno ceni – Pan Zbigniew*. Ilekroć o nim myślę, czuję wdzięczność. To nie był jednak koniec spotkania. W pewnym momencie podeszli do nas młodzi ludzie, wolontariusze z różnych części Europy. Po chwili, rozemocjonowani, rozmawialiśmy wszyscy razem. W dodatku po niemiecku. Okazało się, że Pan Zbigniew mieszkał  kiedyś w Berlinie przez kilka lat. Siedzieliśmy wszyscy przy jednym stole. Pod dużym namiotem. Przed nami stały puste plastikowe talerze i papierowe kubki z ciepłą herbatą. Rozmawialiśmy, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy. Nie było żadnych barier. W naszym dialogu płynął język włoski, niemiecki, angielski, rosyjski i polski. Każdy z nas rozumiał kogoś innego, ale ostatecznie wspólnymi siłami doprowadziliśmy do momentu, w którym wszystkie słowa były jak najbardziej zrozumiałe.

Tego samego uczucia jedności doświadczyłam podczas kolejnego fantastycznego wydarzenia odbywającego się równolegle w tygodniu, w którym Namiot Spotkań został otwarty. Była to  „Kuchnia Spotkania” organizowana przez autorów bloga „Islamista” , czyli czas, w którym wraz z uchodźcami mogliśmy przygotować specjały z ich rodzinnych stron. Mieliśmy okazję poznać kuchnię z Czeczenii, Afganistanu i Syrii. Znów gotowaliśmy, staliśmy, siedzieliśmy i jedliśmy przy jednym stole z ludźmi z różnych stron świata, a płynąca rozmowa i wzajemna ciekawość tworzyła przestrzeń równości.

Zachwyca mnie ta chęć tworzenia relacji, przełamująca bariery różnorodności. Zachwyca mnie wzajemne porozumienie, płynące z dialogu niezależnie od stanu, w jakim się znajdujemy. Zachwyca mnie ta próba przygotowania miejsca dla drugiego człowieka przy naszym wewnętrznym stole, znajdującym się w sercu.

***

Wiersz został napisany przez tego samego uczestnika warsztatów pisarskich, które współprowadziłam podczas 2. Światowego Dnia Ubogich. Publikuję go oczywiście za zgodą na tego typu działania.

 

A dlaczego wróciłem?

Bo zawsze kiedy upadałem

Już tylko została mi

nadzieja

A że nie wierzyłem

Nie byłem się w stanie

podnieść

Dopóty dopóki Ciebie nie

zobaczyłem.

PS Jestem zły na siebie

Piątek był chyba najintensywniejszym dniem ze wszystkich. Najpierw miałam okazję pomagać świetnej Klaudii przy warsztatach fotograficznych. Natomiast o godzinie 15:00 przyszedł czas na warsztaty pisarskie „Wartość słowa”, które współprowadziłam wraz Martą, Magdaleną i Krzysztofem.

Nagle wszystko działo się bardzo szybko. Zostaliśmy autentycznie zalewani słowem.

Słowem. Słowem. Słowem.

Liczyło się tylko ono i drugi człowiek.

Pisaliśmy i nie mogliśmy przestać. Rozmawialiśmy, używaliśmy nieporadnie liter, każdy chciał dodać coś od siebie. Myślę, że każdy z nas odczuł silne poczucie istnienia. Była złość, niezrozumienie, radość, lęk, panika, nieśmiałość, uniesienie, wolność, płacz, krzyk, śmiech, niepewność, strach. Nie jestem w stanie zapomnieć tych emocji. Każda z osobna mnie przeniknęła. Mam wrażenie, że zostaną ze mną już na zawsze…

Pisaliśmy więc i nie mogliśmy przestać. Niszcząc wewnętrzne bariery, uprzedzenia, lęki. Wręcz walczyliśmy z rzeczywistością, jednocześnie próbując ją oswoić.

I tak Paweł * napisał list do ojca. Mimo wszystko. Mimo obaw, że nie dotrze. Mimo obaw, że zostanie podarty.

I tak Marek* napisał list do syna. Kilka dłuższych chwil musiało minąć, zanim ostatecznie słowa znalazły się na papierze. Wyciągnął swoje własne pióro. Odkąd tylko się znamy już chyba kilkadziesiąt razy powtórzył, że uwielbia pisać listy. Wcześniej był dialog. Zbawienna rozmowa, za którą jednej osobie z naszego zespołu ogromnie dziękuję.

I tak Zosia* zaczęła tworzyć dziennik. Pisząc o lęku, troskach, problemach i słabościach. Siedziałam przy niej, gdy wewnętrzne słowa przelewała na papier. Widziałam jak długopis dotyka kartkę, widziałam jak skupienie zajmuje całą przestrzeń i ostatecznie autentycznie widziałam te emocje, które  falami próbowały opisać rzeczywistość.

I tak wiele innych osób zaczynało pisać, składając litery w przedziwną rozmowę, której nigdy wcześniej nie przeprowadzili.

Wtedy do naszego stanowiska podeszli Radek* i Tomek*.

Usiedli przy stole bardzo zadowoleni, oczekując, że wydarzy się dobro.

Próbowałam zacząć wspólne pisanie dziennika od pewnego zamysłu, który w sobie nosiłam. Panowie zaczęli jednak od osobistej treści, którą dyktował im ich własny świat. Używali pojedynczych słów. Bardzo prostych. Pytali mnie za każdym razem, czy mogą zapisać dane zdanie. Obserwowałam i uczestniczyłam w tym przedziwnym dialogu dobra, który otwierał mi przejęte serce jeszcze szerzej. Naturalna prostota tych dwóch umysłów mnie zachwyciła. Zrozumiałam wtedy jak bardzo potrzebujemy zwyczajnych komunikatów, wyrażających troskę o drugiego człowieka. Zrozumiałam jak bardzo potrzebujemy tych drobnych komunikatów miłości i wdzięczności za  oczywiste  gesty.

Dostałam od nich jedną zapisaną stronę. Nalegali, żebym ją zachowała. Jestem bardzo wdzięczna. Patrzę na nią i widzę niewyraźnie, nierówno i z błędami uwiecznione pojedyncze, pozornie oczywiste hasła o drugim człowieku. Jedno, dwa słowa. Cała strona. Niczym idealny wiersz. Niczym idealne świadectwo wdzięczności za dobro.

Zaczynam rozumieć, że proste komunikaty są częścią tej potrzeby człowieczeństwa. Proste stwierdzenia, prowadzące do tej naglącej interwencji.

„Jestem człowiekiem” krzyczało każde słowo, które podczas warsztatów zostało mi przekazane.

„Jestem człowiekiem”

„Jestem człowiekiem”

I choć zdania te pozornie wydają się identyczne to stanowią tysiące historii, świadczących o wartości każdego pojedynczego istnienia.

 

Codziennie wychodzę z blok,  na pewnym osiedlu, przez duże granatowe drzwi. Codziennie w pośpiechu, bo ciągle tyle rzeczy jeszcze chciałabym odkryć. Coś jednak sprawia (może ten intensywny kolor albo ciężar), że zatrzymuję się i nie chcę by pośpiech był ten sam. Zatrzymuję się i próbuję zastanowić w jaki sposób mogę doświadczyć drugiego człowieka, w jaki sposób mogę być tą interwencją. Dawno nie byłam w czymś tak nieudolna. Ciągle jednak próbuję. Potem naciskam klamkę tych ciężkich, granatowych drzwi. Ostatnimi dniami obezwładnia mnie chłód. Myślę wtedy o ludziach, dla których ten chłód będzie trwał bezustannie. Przynajmniej w trakcie zimy. Mam ochotę napisać na tych wielkich granatowych drzwiach, które ludzie potraktowali jako spokój dla wybranych:  „Otwarte. Dla każdego.”

Niezależnie od tego przez jakie drzwi danego dnia przechodzimy zawsze stoimy przed wyborem jak szeroko chcemy je otworzyć…

W każdym z nas istnieje tak wielka potrzeba człowieczeństwa.

Mogłabym pisać więcej. Uczę się jednak od Pana Adama*, który podczas warsztatów pisarskich, zamknął spokojnie i powoli dziennik. Odłożył go na bok. Już kilka razy namawiałam go, żebyśmy spróbowali coś napisać. Uśmiechnął się do mnie również powoli, przysunął w moim kierunku zgiętą stronę, ukłonił się i odszedł. Rozłożyłam kartkę dopiero po chwili. Na niej napisane było tylko jedno słowo. „Istnienie”. Zgaduję, że to wystarczyło. Zgaduję, że czasem wystarczy to jedno słowo.

U mnie głośno krzyczą dziś dwa: Potrzeba człowieczeństwa.

Potrzeba, która istnieje w każdym z nas.

Bądźmy dla drugiego człowieka.

Jestem skłonna błagać.

Odkrywajmy własne ubóstwo.

Otwórzmy serca.

Otwórzmy choćby klatki schodowe. Podzielmy się herbatą. To, że przez chwilę poczujemy przeszkadzający nam zapach, naprawdę nie zrujnuje nam życia.

„[…]

Jestem człowiekiem

bezdomnym

Czy to mnie różni

od Ciebie ??!”

 

*Prawdziwe imiona zostały zastąpione losowymi
fot. Klaudia Kaszyca


 

Tekst autorki Agnieszki Skibińskiej pochodzi z bloga „Człowiekowi człowiek”.
Autorka prowadzi także fanpage na Facebooku, na którym dzieli się swoimi spostrzeżeniami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *