Daj się poderwać!

Mój podopieczny po raz kolejny zaproponował spotkanie z zaprzyjaźnioną parą w podeszłym wieku, która chciała po prostu poznać siostrę zakonną, opiekującą się ich znajomym. Pomyślałam: tyle mam spraw do załatwienia dla moich podopiecznych, a przecież oni pomocy nie oczekują, szkoda czasu. Skoro jednak panu Januszowi tak bardzo na tym zależy, to jakoś wyskrobię kilka chwil w moim zabieganym dniu.

Nić porozumienia nawiązała się już przy pierwszym spotkaniu. Historia ich życia nadawałaby się na świetny film fabularny. Słuchałam oczarowana. Rzeczywiście, pomocy materialnej nie potrzebowali. Mieli jednak marzenia. Czy to nie cudowne mieć marzenia, gdy się skończyło 80 lat?

To było ich drugie małżeństwo. Oboje stracili już swoich pierwszych małżonków. Pan Stanisław, były powstaniec, o szarmanckich manierach, zakochany w obecnej żonie jak nastolatek, ciągle próbował sprowokować ją do zazdrości. Oczywiście żona doskonale wyczuwała ten klimat i mitygowała go słowami: „Stasiu, nie podrywaj siostry”.

Będąc w szpitalu nie stracił pogody ducha pomimo poważnej choroby. Przedwojenna kultura bycia połączona z niebywałym humorem zadziwiała personel. Przekonywał lekarzy, że muszą go szybko wypisać, bo jego żona i siostra zakonna „chodzą razem na chłopaki” i on musi kobiet pilnować.
To właśnie wtedy poznałam największą pasję tego małżeństwa – wyprawy do lasu. Niestety, obecnie pozostawały tylko w sferze marzeń, ze względu na stan zdrowia. Po powrocie do domu trzeba było podjąć decyzję dotyczącą dalszego leczenia. Nareszcie przydało się moje długoletnie doświadczenie pracy w Hospicjum.

Przyszła jesień, zapachniało grzybami i marzeniami. Razem z panią Anią wybrałyśmy las na równym terenie i blisko drogi. Z duszą na ramieniu zostawiłam samochód i ruszyliśmy. Ważniejsza od strachu okazała się radość pana Stasia. Znał każde drzewo, każdy kwiatek i wszystkie naturalne leśne skarby. W drodze powrotnej postanowił zabrać „dziewczyny” na lody i żadną przeszkodą nie było to, że ze zmęczenia nie był w stanie wysiąść z samochodu. Roziskrzone radością oczy mówiły same za siebie.

Zanim odszedł na drugą stronę życia byliśmy jeszcze na jednej leśnej wyprawie. Rozmawialiśmy o tym co ważne i najważniejsze w życiu, a ja znów miałam duszę na ramieniu czy starczy mu sił żeby wrócił do samochodu.

Miało być o pomaganiu potrzebującym, a przecież oni radzili sobie sami i nie potrzebowali mojej pomocy. A jednak to właśnie u nich poczułam się bardzo potrzebna, pomimo, że nic materialnego nie wniosłam w ich życie.

Czasem ludzie myślą, że trzeba dużo mieć pieniędzy żeby innym pomagać, a wystarczy tylko serce, które umie widzieć.

Zakonnica, która „dała się poderwać”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *